Ten film panicznie boi się ciszy
Reżyser Kristoffer Rus opowiada historię Jana Borysewicza: od młodzieńczej fascynacji gitarą, przez narodziny Lady Pank, wielką popularność zespołu, współpracę z Andrzejem Mogielnickim, po cenę, którą trzeba zapłacić za sukces. Jest więc PRL, bunt przeciwko systemowi, rock'n'roll, alkohol, rodzinne dramaty, konflikty, koncerty i autodestrukcja. Jest materiał na opowieść o artyście uwikłanym we własny mit. Tyle że scenariusz Wiktora Piątkowskiego i Joanny Kozłowskiej z tego bogactwa układa przede wszystkim serię obowiązkowych punktów biografii.
A przecież Jan Borysewicz jest bohaterem znacznie ciekawszym niż konstrukcja dramaturgiczna, w którą zostaje tutaj wpisany. Próbuje się opowiedzieć o wolności w PRL-u poprzez muzykę. O tym, jak człowiek staje się ikoną i zaczyna być więźniem własnego wizerunku. O napięciu między sztuką i popularnością. Wreszcie o fenomenie Lady Pank, którego piosenki przetrwały ówczesną rzeczywistość. Film dotyka każdego z tych tematów, ale żadnego naprawdę nie drąży. Najbardziej brakuje mi tutaj nie faktów, lecz człowieka, bo kino powinno pozwolić nam to poczuć, zamiast nieustannie o tym przypominać.
Ten problem ma jeszcze jeden wymiar: "Mniej obcy", otwiera się w nowym oknie panicznie boi się ciszy i niedopowiedzenia. Dlatego dostajemy głos z offu, który regularnie wraca, żeby dopowiedzieć to, co przed chwilą zobaczyliśmy albo za chwilę zobaczymy. Zamiast wejść głębiej w psychikę Borysewicza, narracja staje się rodzajem instrukcji obsługi bohatera.
To zabieg szczególnie irytujący w filmie o muzyku. Borysewicz całe życie komunikował się przecież przede wszystkim gitarą, tymczasem film najwyraźniej nie ufa ani obrazom, ani muzyce, ani nawet własnemu aktorowi. Musi jeszcze dołożyć słowa.
Brakuje ryzyka i nieprzewidywalności
Podobny problem mam z powracającymi wątkami religijnymi. Nie dlatego, że są one w biografii Borysewicza czymś całkowicie obcym. Muzyk mówił o swojej wierze, choć przedstawiał ją raczej jako sprawę prywatną i pozbawioną ostentacji. Religijne odniesienia pojawiały się również w jego twórczości. Film ma więc pełne prawo szukać w duchowości jednego z kluczy do bohatera. Tyle że z klucza robi momentami wytrych.
Religijność zostaje zaznaczona z taką intensywnością, jakby twórcy chcieli koniecznie dopisać do historii rockmana jeszcze jedną wielką opowieść o grzechu i odkupieniu. Zamiast subtelnie komplikować portret Borysewicza, motyw zaczyna go porządkować, a przecież ciekawszy jest właśnie człowiek nieuporządkowany, czyli wierzący "bez szaleństw", a jednocześnie żyjący przez lata tak, jakby granice były po to, żeby je przekraczać. Film uparcie próbuje zrobić z niego historię z morałem.
W głównej roli występuje debiutujący Mikołaj Bukrewicz: muzyk i gitarzysta, który przed "Mniej obcym" nie miał doświadczenia aktorskiego na dużym ekranie. Ten wybór miał swoją logikę. Bukrewicz nie musi udawać muzyka, kiedy bierze gitarę do ręki. Instrument nie wygląda przy nim jak rekwizyt, a sceny koncertowe mają dzięki temu potrzebną wiarygodność, jednak w scenach wymagających większej emocjonalnej amplitudy często pozostaje na jednym poziomie ekspresji.
"Mniej obcy" nie znajduje własnego filmowego riffu. Lady Pank zasłużył na film równie niepokorny jak jego muzyka. Skoro twórcy chcą mówić o cenie wolności artystycznej to tym bardziej szkoda, że forma pozostaje tak przewidywalna. Kino o buncie samo nie ma w sobie wiele buntu. Brakuje ryzyka i nieprzewidywalności. Czegoś, co sprawiłoby, że widz choć przez moment poczuje, dlaczego właśnie ten człowiek i właśnie ta muzyka były dla fanów tak ważne.
4/10
"Mniej obcy", otwiera się w nowym oknie, reż. Kristoffer Rus, Polska 2026, premiera na Netfliksie: 7 października.











!["Godzilla Minus Zero" [trailer]](https://i.iplsc.com/000NE9HACHI2SUX3-C401.webp)

