Fabuła jest prosta - mały książę Adam ucieka z podbitej przez Szkieletora Eternii na Ziemię. Niestety, po drodze gubi Miecz Mocy, który miał być jego biletem powrotnym. Znalezienie go zajmuje mu kilkanaście lat. Gdy w końcu wraca do domu, Eternia jest pogrążona w chaosie, a pozbawiony nadziei ruch oporu toczy beznadziejną walkę z tyranem. Adam ma wyrównać szanse na polu walki. Jest jednak jeden problem - młodzieniec jest ciamajdą pierwszej klasy. Jednak za sprawą Miecza zmienia się w He-Mana - wojownika o sile tysiąca mężczyzn. Nie oznacza to jednak, że Szkieletor podda się bez walki.

"Władcy Wszechświata". Ten film nie wstydzi się swych korzeni
Powrót do animacji z lat 80. byłby dziś ciężkim doświadczeniem - nie tylko ze względu na jej ograniczenia techniczne, wynikające z niewielkiego budżetu. Jej świat jest czarnobiały. Pozytywni bohaterowie są szlachetni, lojalni i wygrywają w finale, a ci źli - brzydcy, okrutni, tchórzliwi i zawsze dostają po nosie. Fabułki są naiwne, a część postaci wygląda na wytwory wyobraźni średnio kreatywnego kilkulatka - by wspomnieć tylko o facecie z żelazną piąchą, który nazywa się... Piącha, lub delikwencie o ksywie Mekaneck, który posiada teleskopową szyję. Jeszcze parę lat temu ten świat zostałby przepuszczony przez surowe sito kinowej adaptacji - większe głupotki zniknęłyby, a całość przybrałaby poważniejszy i mroczniejszy charakter. I wtem na zlęknionym tygrysie wjeżdża reżyser Travis Knight i decyduje, żeby nic nie łagodzić.
Twórca animacji "Kubo i dwie struny" okazał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Potrafi sprzedać królestwo Eternii ze wszystkimi jego naiwnościami i kolorami. Zamiast iść w (budżetowe) dark fantasy rodem z lundgrenowych "Władców Wszechświata" z 1987 roku, wybiera camp "Flasha Gordona" Mike'a Hodgesa z 1980 roku. Już główny motyw muzyczny filmu Knighta przywodzi na myśl czołówkę w rymie utworu zespołu Queen sprzed prawie 50 lat. W przeciwieństwie do Hodgesa Knight nie musiał liczyć każdego dolara i może pozwolić sobie na rozmach. Miejscami trudno oderwać oczy od barwnego świata przedstawionego lub ciekawie zainscenizowanych walk.

"Władcy Wszechświata". Nie mięśnie czynią bohatera
Reżyser nie szedł także na ustępstwa w prowadzeniu swoich aktorów. Wszyscy wyglądają jak w oryginale, a część gra, jakby została wyjęta z kreskówki. Prym wiedzie Alison Brie jako wiedźma Złolina - zawsze balansuje na granicy, ale dzięki konsekwentnie prowadzonej konwencji zawsze ją kupujemy. Knightowi udała się także rzecz niebywała: okiełznał szarżę Jareda Leto. Aktor po oscarowej roli w "Witaj w klubie" notował porażkę za porażką. Nie przyjął się ani jego Joker w "Legionie samobójców", ani program ochronny w "Tronie: Aresie", a zatracenie się w roli wampira Morbiusa szybka stało się ponurym żartem. Gdy ogłoszono, że to on wcieli się w Szkieletora, byłem sceptyczny. Na szczęście Knight znalazł klucz do jego metody. W rezultacie teatralny czarnoksiężnik, który lubuje się w monologach i okrucieństwie, stanowi najjaśniejszy punkt barwnej obsady.
Ciekawie wypada także Nicholas Galitzine jako Adam i jego heroiczne alter ego. Można go odczytywać jako dużego chłopca, który nigdy nie opuścił krainy swej wyobraźni, a także nie przepracował traum, wywołanych stereotypowymi wzorcami męskości i oczekiwaniami, że każdy prawdziwy chłop musi się w nie wpasować. Ku jego zaskoczeniu okazuje się, że nagły zastrzyk masy mięśniowej nie jest rozwiązaniem na wszystkie problemy. Wokeizm na pełnej? Nie, to bajka z morałem rodem z telewizyjnego oryginału z lat 80.

"Władcy Wszechświata". Najlepszy film rozrywkowy tego lata?
Niestety, po drodze zdarzają się potknięcia. Fabuła miejscami robi z Adama zbyt wielką ciamajdę. Twórcy starają się nas przekonać (bez powodzenia), że Galitzine nie wygląda dobrze. Przykro mi, możecie go ubrać w ciuchy za duże o dwa rozmiary, ale nie uwierzę, że nie potrafi on podnieść pięciokilowych hantli. Na to można jednak przymknąć oko. Gorzej, że kilka razy trafia się bolesny product placement (tak, chodzi mi o wiadomą furgonetkę). Najbardziej boli zadyszka, jaką film łapie w drugim akcie - czyli momencie, gdy fabuła powinna przeć do przodu na pełnej mocy. Na szczęście z kolejnymi minutami film odrabia straty i w rezultacie zapewnia nam elektryzujący finał.
Wśród szaroburych, produkowanych taśmowo blockbusterów opartych na wszelakich franczyzach "Władcy Wszechświata" jawią się jako wyjątkowo soczysta przekąska. To produkcja z własnym charakterem, której twórcy zaryzykowali, zamiast iść w kolejną sztampową przygodę za setki milionów dolarów. W rezultacie powstał być może najbardziej rozrywkowy film tego lata (zaskocz mnie, czwarty "Spider-Manie"). Liczę, że He-Man zarobi swoje, bo praca Knighta i jego ekipy zasługuje na docenienie, a wykreowany przez nich świat na sequel.
I pamiętajcie - bohaterowie prowadzą dialog, a złoczyńcy monolog.
7,5/10
"Władcy Wszechświata" (Masters of the Universe), reż. Travis Knight, USA 2026, dystrybucja: United International Pictures, premiera kinowa: 5 czerwca 2026 roku










