Upalne lato na Wyspach Kanaryjskich skontrastowane z mrocznym, podziemnym życiem klubowym w filmie "Mi Amor" w reżyserii Guillaume'a Nicloux. Główna bohaterka desperacko próbuje odnaleźć zaginioną przyjaciółkę, a jej działania coraz bardziej przypominają stan gorączkowego odurzenia niż racjonalne śledztwo. Jest sama na wyspie, służby nie chcą jej pomóc, a jedynego sprzymierzeńca znajduje w najmniej oczywistej osobie.
W czasie, gdy w Polsce prognozy zapowiadają rekordowe temperatury, "Mi Amor" tylko podbija tę skalę. Napięcie budowane jest tutaj od pierwszej do ostatniej minuty. Ten intensywny, a momentami wręcz klaustrofobiczny klimat zaczyna jednak działać na niekorzyść filmu. Podobnie jak bohaterka ma trudność z złapaniem oddechu, tak i widz zaczyna odczuwać coraz większe zmęczenie tą formą opowieści.
"Mi Amor": desperackie próby odnalezienia przyjaciółki
W roli głównej oglądamy znaną m.in. z filmów Marvela oraz serii "Mission: Impossible" Pom Klementieff. Wciela się ona w paryską DJ-kę Romy, która przyjeżdża na Wyspy Kanaryjskie, by zagrać swój set. Towarzyszy jej najlepsza przyjaciółka, Chloé (Freya Mavor). Między kobietami stopniowo wyczuwalne jest napięcie i bliżej nieokreślona chemia, o której same zdają się nie mówić wprost. Można doszukiwać się jej także w tytule filmu, będącym jednocześnie tytułem utworu Romy. "Mi Amor", czyli "Moja miłość".
Na miejscu Chloé poznaje trójkę - jak początkowo twierdzi - turystów. Wieczorem wszyscy wybierają się na imprezę, na której gra Romy. Po powrocie do hotelu bohaterka orientuje się, że Chloé zniknęła i nie sposób się z nią skontaktować. Od tego momentu rozpoczyna desperackie poszukiwania przyjaciółki, stopniowo odkrywając tajemnice, które od lat skrywają Wyspy. Jedyną osobą, która decyduje się jej pomóc, jest Vincent (Benoît Magimel) - właściciel klubu o mrocznej przeszłości, którego intencje do końca pozostają niejasne.

Rytm fabuły wyznacza muzyka elektroniczna, obecna właściwie przez cały seans w tle. Skojarzenia z zeszłorocznym, fenomenalnym "Siratem" pojawiają się momentalnie, jednak równie szybko ustępują miejsca rozczarowaniu. "Mi Amor" nie jest nawet w ułamku tak elektryzujący jak film Olivera Laxe. W efekcie otrzymujemy raczej kino autorskie o interesującym zamyśle niż coś, co rzeczywiście mogłoby porwać widza.
Dla mnie najmocniejszym elementem "Mi Amor" okazuje się finał, który jednak dla części widzów może wybrzmieć zbyt absurdalnie, by wziąć go na poważnie. Szczególnie wrażenie robi sekwencja odkrywania prawdy przez Romy. Dzięki płynnym ruchom kamery czujemy się, jakbyśmy podążali za bohaterką krok w krok, stopniowo dochodząc do rozwiązania zagadki. Zanim jednak dotrzemy do tego momentu, trzeba uzbroić się w cierpliwość.
Ważnym motywem dla filmu jest poczucie izolacji, odcięcia od świata. Całość rozgrywa się na wyspie, w obcym dla bohaterek kraju. Gdy Romy traci paszport, telefon i pieniądze, zostaje właściwie uwięziona, pozbawiona jakiejkolwiek możliwości ucieczki.
Narastającemu napięciu, doprowadzanemu momentami do granic wytrzymałości, towarzyszy niestety nierówna gra aktorska. O ile Benoît Magimel staje na wysokości zadania (czego zresztą można było się spodziewać), o tyle Pom Klementieff i Freya Mavor wypadają zdecydowanie blado. Brakuje im zróżnicowania emocji, a niektóre kwestie dialogowe brzmią nienaturalnie.
"Mi Amor" jest filmem interesującym pod względem audiowizualnym, który jednak obiecuje znacznie więcej, niż jest w stanie dostarczyć. Mimo gęstej atmosfery i intrygującego finału widz może odczuć zmęczenie na długo przed jego zakończeniem. Ostateczny wydźwięk filmu sprowadza się do zaskakująco prostego morału: nie zostawiajcie swojej przyjaciółki samej na wakacjach. Problem w tym, że tak banalna puenta średnio broni prawie dwugodzinny seans.
6/10
"Mi Amor", reż. Guillaume Nicloux. Data premiery w polskich kinach: 26 czerwca 2026 r.











