"Dzień objawienia": Zamknięcie nieformalnej trylogii
Amerykański reżyser w trakcie swojej bogatej kariery imał się różnych tematów i gatunków. Od Holokaustu, horroru wojny, walki o wolność, przez utrzymane w przygodowym tonie opowieści o awanturniczym profesorze archeologii, baśniową historię Piotrusia Pana, po dzieła obrazujące siły natury. I w każdej z tych estetyk sprawdzał się znakomicie, bo klasyki, jakie wyszły spod ręki Spielberga, można by długo wymieniać.
Ważną częścią jego twórczości są również filmy podejmujące problem fascynacji nieznanym i kontaktu z obcą cywilizacją. Myślę przede wszystkim o "Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia" oraz "E.T.", czyli produkcjach zrealizowanych przed kilkoma dekadami. "Dzień objawienia" nazywany jest domknięciem tej nieformalnej trylogii.
Nowy film Spielberga zdecydowanie więcej wspólnego ma z pierwszym z wspomnianych tytułów. Nie jest zatem familijno-przygodową opowieścią o przyjaźni z sympatycznym obcym, a raczej utrzymaną w konwencji thrillera ontologiczną historią o kontakcie z pozaziemską cywilizacją i tym, jak mogłoby to wpłynąć na nieświadome niczego społeczeństwo.
Pomysł na "Dzień objawienia" wyszedł od samego reżysera, dla którego inspiracją były publiczne przesłuchania w amerykańskim Kongresie na temat Niezidentyfikowanych Zjawisk Anomalnych oraz artykuły, jakie pojawiły się w "The New York Times". Tę ideę rozwinął scenarzysta David Koepp, który ze Spielbergiem współpracował chociażby przy "Parku Jurajskim" czy "Wojnie światów". Zresztą "Dzień objawienia" był spotkaniem starych dobrych znajomych, bo autorem zdjęć do filmu jest polski operator Janusz Kamiński, a muzykę stworzył John Williams, dla którego była to już 30 (!) współpraca ze Spielbergiem.
"Dzień objawienia": Zakończenie w punkt. Podobnie jak cały film
Amerykański reżyser zawsze miał wielką umiejętność opowiadania historii. Mimo (często) długich metraży były to filmy, które oglądaliśmy z wypiekami na twarzy. Podobnie jest w przypadku "Dnia objawienia" - bardzo spójnej i dobrze poprowadzonej, na poły filozoficznej, na poły sensacyjnej opowieści.
Fabuła koncentruje się wokół wieloletniego zatajania dowodów na istnienie istot pozaziemskich, czego miał się dopuszczać amerykański rząd, a później wpływowa korporacja. Różnice ideowe doprowadzają do buntu, w efekcie czego kilkunastoosobowa grupa pracowników wykrada tajne nagrania, chcąc upublicznić je przed całym światem. Przywódcą grupy jest wysoko postawiony w firmie Hugo (Colman Domingo), a powodzenie misji w dużej mierze zależy od Daniela Kellnera (Josh O'Connor), eksperta ds. cyberbezpieczeństwa, który przez lata był jedną z osób odpowiedzialnych za ukrywanie dowodów.
Pierwsze skrzypce - zarówno jeżeli chodzi o samą postać, jak i rolę - gra tu jednak ktoś inny. Większość uwagi skupia na sobie bowiem brytyjska aktorka Emily Blunt, czyli ekranowa Margaret Fairchild. Prezenterka pogody w lokalnej telewizji w Kansas City, która podczas jednego ze swoich wejść zaczyna wydawać dziwne, nieartykułowane dźwięki. To, co dla większości staje się internetowym viralem, dla innych jest ostrzeżeniem, że głęboko skrywane tajemnice mogą wkrótce wyjść na jaw. Na czele tych innych, antagonistów, stoi Colin Firth, dla mnie - zupełnie niespodziewanie - najsłabszy element tej misternej układanki.
Podoba mi się sposób, w jaki Steven Spielberg zaprasza swoich widzów to przeżycia kolejnej wspólnej przygody. Z jednej strony oferuje im rozrywkę na wysokim poziomie, także realizacyjnym, z drugiej nie stroni od poważniejszych tematów, pytań, refleksji. Pojawiają się głosy krytyczne związane z zakończeniem "Dnia objawienia". Nie mogę go rzecz jasna zdradzić, ale moim zdaniem jest w punkt. Podobnie zresztą jak cały film.
8/10
"Dzień objawienia" (Disclosure Day), reż. Steven Spielberg, USA 2026, dystrybutor: UIP, premiera kinowa: 10 czerwca 2026 roku.












