"Zróbmy sobie przerwę": sprawdzony włoski przepis na komedię tym razem się nie sprawdził
Od czasu premiery kultowego dziś filmu Paolo Genovese "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie" (2016) włoskie komedie obyczajowe mają w Polsce i na świecie rzeszę oddanych fanów. Sekret ich sukcesu tkwi w umiejętności zmierzenia się z humorem ze współczesnym kryzysem relacji międzyludzkich, erozją partnerskich i rodzinnych więzi oraz emocjonalnym zagubieniem przeterapeutyzowanego pokolenia dzisiejszych 40-latków, dodatkowo podsycanym przez różnej maści ekspertów-influencerów próbujących sprzedać swój przepis na idealny związek.
"Zróbmy sobie przerwę" w reżyserii Christiana Marazzitiego doskonale wpisuje się w ten schemat. Valter (Marco Giallini) i Fiorellia (Claudia Gerini) przez 30 lat małżeństwa oddalili się od siebie. On pogrążył się w pracy związanej z prowadzeniem ukochanej restauracji, ją przytłoczyły domowe obowiązki. Dzieci dorosły, a im w oczy zajrzał kryzys związany z emocjonalnym wypaleniem. Dobiegająca czterdziestki Valeria (Ilenia Pastorelli) czuje się zmęczona swoim nieco infantylnym, histerycznym i szalenie zazdrosnym mężem Fabrizio (Fabio Volo), od zawsze wpatrzonym w nią niczym w obrazek. Dziewiętnastolenia Erika (Aurora Giovinazzo) poszukuje własnej tożsamości wikłając się w romanse z koleżankami i flirtując z mężczyznami przez aplikację randkową.
Ich historie i kilka innych pobocznych wątków spaja dr Sperati (Lucia Ocone) prowadząca gabinet psychologiczny oraz podcast "Klej na złamane serca". Poniekąd za jej radą bohaterki dochodzą do wniosku, że pora zrobić sobie przerwę, by przemyśleć i poukładać dotychczasowe życie.
Na papierze ta historia mogła wyglądać obiecująco. Zakościelny w obsadzie
Na papierze ta historia mogła wyglądać obiecująco. Niestety po przeniesieniu na ekran misterna konstrukcja nie dźwiga dramaturgicznej struktury. Poszczególne epizody, mimo solidnego aktorstwa, zostają przytłoczone nadmiarem dialogów, zbyt oczywistych żartów i statycznym tempem opowieści.
Kluczowe zwroty akcji okazują się rozczarowująco przewidywalne, potencjał niektórych wątków wydaje się nie w pełni wykorzystany, a nieliczne momenty zaskoczenia sprawiają wrażenie dopisanych na siłę.
Polski dystrybutor reklamuje "Zróbmy sobie przerwę" rolą Macieja Zakościelnego. I o ile Polacy wydają się lubić włoskie komedie, to mieszkańcy Półwyspu Apenińskiego z pewnością uwielbiają od lat licznie obecnych w Serie A polskich piłkarzy oraz aktorów. Od występującego w filmach Nanniego Morettiego Jerzego Stuhra, przez Mateusza Kościukiewicza, który wcielił się w św. Franciszka w serialu nestorki włoskiego kina Liliany Cavani, po będącą absolutną gwiazdą Katarzynę Smutniak.

Obsadzony w epizodycznej roli Jana, pochodzącego z Polski przyjaciela Fabrizia, Zakościelny nie ma tu niestety za wiele do zagrania. Ale choć ligi włoskiej tą rolą nie zawojuje, to uczciwie trzeba przyznać, że "Zróbmy sobie przerwę" to film z dużo większymi, choć niespełnionymi ambicjami, niż seria "Kogel Mogel" w której mogliśmy oglądać go ostatnio.
Czuć, że Christian Marazziti chciał opowiedzieć o współczesnych związkach w lekki, czuły i inteligentny sposób. Niestety zamiast niewymuszonego śmiechu i odrobiny refleksji, towarzyszy nam raczej poczucie przebodźcowania i zmęczenia korowodem niespecjalnie interesujących bohaterów i ich problemów. Ostatecznie tytułowa przerwa okazuje się nie tyle sposobem na uratowanie związku, ile całkiem niezłym momentem, by zrobić ją samemu - i wyjść z kina.
5/10
"Zróbmy sobie przerwę" (Prendiamoci una pausa), reż. Christian Marazziti, Włochy, Polska, Hiszpania 2026, polska premiera kinowa: 28 sierpnia 2026 roku.











