​"The House That Jack Built" [recenzja]: Zarozumiałość Larsa von Triera

Matt Dillon w filmie "The House that Jack Built" /Christian Geisnaes / Zentropa /materiały prasowe

Najnowszy film Larsa von Triera podzielił widownię. Ale nie mówimy tu o klasycznym podziale na zwolenników i przeciwników, fanów i antyfanów, tylko na tych, którzy mówią o arcydziele, i tych, którzy nazywają "The House That Jack Bulit" "patologicznym filmem psychopaty", bo i takie opinie się pojawiają. Lars von Trier dzieli, by rządzić?

Reklama

Nie ulega wątpliwości - to właśnie ten film zapamięta na długo każdy, kto się z nim zmierzy. Lars von Trier, choć podobno żyjemy w epoce znieczulicy i zobojętnienia na obrazy przemocy, wciąż potrafi zajść nam głęboko za skórę i pozostawić ślady.
W "The House That Jack Built" posuwa się naprawdę daleko. Oglądamy, jak tytułowy bohater obcina kobiecie piersi, strzela do małych dzieci jak do kaczek, a skoro o kaczkach mowa - jednej z nich odcina nogę, po czym wrzuca do wody, w której zwierzątko umiera. Mam poważne obawy, że kaczka w tej scenie była prawdziwa, co budzi mój natychmiastowy sprzeciw, ale z drugiej strony - Wajda też kiedyś podpalał barany dla dobra sceny... 

Jednak moc oddziaływania filmów von Triera nigdy nie tkwiła w transgresji. Nie chodziło o to, ile bebechów przeleci przez ekran, jak dalece prawdziwy seks pokażą aktorzy, które części ciała kontempluje kamera ani ile moczu odda bohaterka na pole golfowe. To była jedynie przykrywka, pod którą kryła się prawdziwa seria ciosów-przemyśleń artysty na temat naszych ograniczeń przez naturę, konstrukty społeczne (religia, etykieta, prawo), szaleństwo czy skończoność życia. Z filmów Duńczyka wychodziło się z siniakami i podniesionym ciśnieniem.

Reklama

Tymczasem z nowego filmu można wyjść z obrażeniami od szczypania się, żeby nie zasnąć. Seans trudno przetrwać bez wspomagaczy. Mocna kawa jest przed projekcją wskazana, bo głównym grzechem "The House That Jack Built" jest nuda, zionąca z ekranu razem z krwią ofiar tytułowego bohatera. Twórca niby nie idzie na łatwiznę - zamiast klasycznej historii o mordercy serwuje nam komedię, która obfituje w kilka autentycznie zabawnych momentów.

Wyposażenie Jacka w zaburzenie obsesyjno-kompulsywne było strzałem w dziesiątkę, ale koncept wyczerpuje się mniej więcej przy trzecim mordzie, kiedy znów nie może opuścić miejsca zbrodni bez ponownego sprawdzenia, czy wymył ślady krwi spod mebli i obrazów. Brakuje tempa, życia, przejęcia, suspensu. Jest tradycyjna estetyka szoku, ale - umówmy się - na ciągnięciu po asfalcie ciała przyczepionego do samochodu nie da się utrzymać uwagi widza dłużej niż na minutę, a film trwa ponad dwie godziny.

Von Trier próbuje ratować sprawę narratorem z offu, imieniem Verge (Bruno Ganz, znany z roli - uwaga! uwaga! - Hitlera w "Upadku"). Jego rozmowy z Jackiem mają wznieść film na wyżyny refleksji, intelektualizmu i artyzmu. Ale ta rakieta nie działa - co się uniesie, po chwili spada na ziemię. Ale przynajmniej konsekwentnie próbuje się wzbić ponownie. Czasem dialogi Verge i Jacka są błyskotliwe, czasem zabawne, ale równie często bałwochwalcze.

Von Trier w filmach przepracowywał własne doświadczenia, znajdując w nich uniwersalizm. Identyfikował się widzem, mogli się porozumieć. Tym razem jednak Duńczyk stawia się nad oglądającymi, mówi o sobie, nie o nas, wraca do własnych filmów, których fragmenty oglądamy i stawia je obok geniuszów sztuki z Williamem Blakiem na czele. Gdyby jeszcze chociaż dopuścił dwugłos na swój temat, ale nie - tym razem mówi, jak - oczywiście jego zdaniem - jest. I nie przyjmuje głosu sprzeciwu. Kiedyś był pełen kompleksów i wątpliwości, dziś zarozumiałości i pewności siebie. Kto się spodziewał, że tak zadziała siedmioletni zakaz wstępu do Cannes?

4/10

"The House That Jack Built", reż. Lars von Trier, Szwecja, Niemcy, Francja, Dania 2018.

Dowiedz się więcej na temat: Trier von Lars | Dom który zbudował Jack

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje