Almodóvar, jeden z najbardziej unikatowych estetyków współczesnego kina, spowiada się widzom ze swojego kryzysu. Przeżył go niewątpliwie, bo po premierze cenionego "Bólu i blasku", w którym pod postacią Salvadora (Antonio Banderas) stoczył ekranową walkę ze swoimi demonami, jego kolejne filmy - "W pokoju obok", "Matki równoległe" i krótkometrażowe "Dziwne ścieżki życia" - były rozczarowującą próbą powrotu do dawnej pionierskości. Pocieszenia nie upatrywał na szczęście w kieliszku czy innych uzależniających formach odcięcia, zamykając swoje filmowe drzwi na cztery spusty. 76-letni reżyser, świadomy własnych porażek i wyraźnie aspirujący do ponownej chwały, zabawił się strukturą i mnogością narracji, po raz kolejny tworząc opowieść… o samym sobie.
Pedro Almodóvar po raz kolejny stworzył opowieść… o samym sobie
Alter ego reżysera jest - uwaga - reżyser i scenarzysta Raúl Rossetti (Leonardo Sbaraglia), który nie potrafi pogodzić się z upływem czasu. Mimo wielu sukcesów i nagród (jedną z nich ma odebrać nawet od fanów w Katarze!), wciąż szuka pomysłu na swój opus magnum. To dosyć oczywista aluzja do stanu zawieszenia, w jakim znajduje się obecnie sam Pedro Almodóvar. Głosem rozsądku jest dla głównego bohatera jego wieloletnia agentka Mónica (Aitana Sánchez-Gijón). "Daj spokój z prestiżem!" - powtarza, gdy jej urażony brakiem poklasku klient swoim nowym ryzykownym projektem naraża się na niepotrzebną krytykę.
Apogeum napięcia między tą dwójką nastaje jednak dopiero wtedy, gdy na jaw wychodzi nieuczciwa praktyka, jakiej się dopuścił Raúl. Pomysł na jego nowy film to nie żadne natchnienie, a wyraźna (niemal dosłowna) kalka z tragicznych wydarzeń, jakie dotknęły Monikę i jej przyjaciółkę. Almodóvar zaczyna stawiać swojemu bohaterowi (sobie) niewygodne pytania: jaki sens ma kontynuowanie czegoś, co nie jest już świeże i w dodatku rani jego najbliższych?
"Gorzkie święta": wielowątkowa narracja i dwie osobne perspektywy
Reżyser przyzwyczaił nas do skomplikowanej, wielowątkowej narracji - nie inaczej jest w przypadku "Gorzkich świąt", podzielonych na dwie osobne perspektywy. Ta druga rodzi się w przepełnionej samouwielbieniem wyobraźni Raúla. Fikcyjna odsłona jego artystycznego ego, czyli główna bohaterka Elsa (Bárbara Lennie) po wielu latach pracy w reklamie, podobnie jak on, pragnie powrócić na "prawdziwy" plan zdjęciowy. Jej dwa pełnometrażowe filmy określane są mianem "kultowych", lecz nie ze względu na swoją wyjątkowość (jej dzieła to hiszpańskie odpowiedniki amerykańskiego "The Room"). To kolejny odważny cios, jaki wymierza sobie hiszpański reżyser. Elsa, na wzór typowo almodovarowskich bohaterek, musi przejść długą drogę, by w końcu zrozumieć, czego pragnie od życia.
Obsesja na punkcie perfekcji i zaciekła chęć finalizacji tej opowieści doprowadza Raúla do szaleństwa, ale ostatecznie pozwala mu spojrzeć na swoje własne "uzależnienie od sztuki" z boku. Główny bohater w połowie za sprawą swojego ukochanego Santiego (Quim Gutiérrez), w połowie dzięki wiernej agentce, nareszcie decyduje się spojrzeć w głąb siebie i dojrzeć tam możliwy największy błąd w swojej karierze.
Poza oczywistym powieleniem jaskrawej estetyki, jaką naznaczona jest jego filmografia (krwiste czerwienie, głębokie granaty, krzykliwe róże), pop-artowej scenografii i scenariusza, którego podniosłość (i kiczowatość zarazem) porównać by można do greckiej tragedii, reżyser pokazuje nam jednak coś więcej, chociaż stosowniej byłoby tu powiedzieć… mniej, niż zazwyczaj. Intensywność barw nie bije po oczach już tak bardzo, 10-minutowe sceny kłótni wyszły z mody, a w ich miejscu znalazła się przestrzeń do płaczu, kontemplacji i ostudzenia emocji.
Pedro Almodóvar nie jest w stanie przemówić językiem współczesnych 20-kilkulatków
Jako kolejne po "Bólu i blasku" dzieło Almodóvara, "Gorzkie święta" są odejściem od przełomowego w swoich czasach stylu na rzecz bardziej zrównoważonego współczesnego kina, które ceni sobie autorefleksję, momenty ciszy i większą czułość w stosunku do bohatera i widza. Choć w nieco pastiszowej formie przedstawioną mu meksykańską pieśniarkę Chavelę Vargas Almodóvar czyni orędowniczką wszystkich tych, którzy potrzebują wyładować napięcie i wyżalić się z własnych trosk. To nowość w tak głośnym i intensywnym dramaturgicznie kinie hiszpańskiego twórcy.
Zamiast snuć filozoficzne wnioski po seansie, równie dobrze możemy znaleźć chwilę duchowego wypoczynku w trakcie, jak choćby w scenach, w których główna bohaterka wysłuchuje problemów przyjaciółki i jest dla niej wsparciem. Niewątpliwie to empatyczny, choć naiwny ukłon w stronę techniki emocjonalnego objęcia, jaką opanowali młodsi wiekiem twórcy.
Podobnie jak w "Megalopolis" Francisa Forda Coppoli, Pedro Almodóvar nie jest w stanie przemówić językiem współczesnych 20-kilkulatków, który jest mu obcy. W ramach kompromisu łączy ze sobą tę jedną, dobrze opanowaną kompozycję ze wcielaniem się w mówcę pokolenia Z. Wytwarza z niego niekiedy i błyskotliwe refleksje o współczesności, uzależnienie od mediów społecznościowych nazywając emocjonalnym negliżem. Trzyma się w bezpiecznej odległości od skandalu i wszelkich ekstremów. Sprzedaje więc duplikat swoich poprzednich filmów, którego od poprzednich wyróżnia większa dbałość o bohatera i chęć przeprowadzenia jeszcze głębszego rozliczenia z utratą blasku własnej sławy.
Twórca "Wszystko o mojej matce", który podkreśla, że kręcenie filmów w jego przypadku przerwą wyłącznie ramiona śmierci, wprowadził do kin prawdopodobnie najwdzięczniejsze ze wszystkich, będące podsumowaniem kariery dzieło. Miłośnicy almodovarowskiej ekspresyjności dojrzą w "Gorzkich świętach" jej pełną krasę, a sceptycy znajdą w nich większą czułość niż zazwyczaj. Sama znajdując się po tej drugiej stronie barykady, szanuję modyfikację formy i zachowanie w tym wcześniejszej autentyczności.
Reżyser z pewnością nie pisze tu nowego rozdziału swojej ścieżki, ale - co może i ważniejsze zważając na jego podeszły wiek - przygotowuje widza na pożegnanie w godny pochwały sposób. Pożegnanie pozbawione niepotrzebnego patosu, a znajdujące odrobinę przestrzeni na wzruszenia. Almodóvarowi należą się oklaski za to, w jak dobrym smaku doprowadził swoją przygodę do nieuchronnego końca. Nie wyznacza nowych ścieżek, ale zaprasza widownię do stylistyki, którą przed laty już pokochali. To najprawdopodobniej najbardziej trafny film o swojej karierze, jaki nakręcił.
5/10
"Gorzkie święta" (Amarga Navidad), reż. Pedro Almodóvar, Hiszpania 2026, dystrybucja: Gutek Film, premiera kinowa: 28 sierpnia 2026 roku.
Tekst powstał w trakcie 79. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes.











