"Supergirl": bardziej nieprzewidywalna, bardziej szalona
I w tej familii to bohaterka filmu Craiga Gillespiego z pozoru wydaje się ciekawsza. Być może z uwagi na wiek, niesłabnącą potrzebę tego, żeby się wyszaleć, jest bardziej nieprzewidywalna i szalona, niż jej starszy, stateczny kuzyn. Zresztą Karę Zor-El, czyli Supergirl, w którą wciela się Milly Alcock, poznajemy w trakcie przedłużonego, hucznego świętowania urodzin. To czas, gdy ewentualna misja ratowania kogokolwiek jest ostatnią rzeczą o jakiej myśli, a priorytet stanowi raczej to, by się porządnie wyspać.
Sympatii, nieco zblazowanej bohaterce, dodaje psi przyjaciel o imieniu Krypto, który niezależnie od sytuacji zawsze wiernie jej towarzyszy. I to właśnie on, choć nie tylko, stanowi katalizator akcji filmu Gillespiego. Bo "Supergirl" ma jeszcze jedną, ważną kobiecą bohaterkę.
Jest nią dziewczynka imieniem Ruthye (Eva Ridley), która po śmierci ojca z rąk brutalnego przywódcy kosmicznych złoczyńców, pała żądzą zemsty. Wtedy poznajemy też czarny charakter, będący niestety najsłabszym ogniwem "Supergirl". Jednowymiarowy, płaski, niemający wiele wspólnego z niektórymi antagonistami z filmów superbohaterskich, którzy często stanowią ich motor napędowy. Krem z Żółtych Wzgórz jest dość schematyczny, pozbawiony charyzmy, nie stoi za nim żadna interesująca historia czy motywacja. Nie pomógł nawet bardzo dobry belgijski aktor Matthias Schoenaerts, wcielający się w tę rolę.
Ciekawszym kontrapunktem dla udanej kreacji Milly Alcock jest na drugim planie Jason Momoa, który jako Lobo - kosmiczny łowca nagród - pojawia się raptem w kilku scenach, ale kradnie show. Amerykański aktor przekonywał zresztą, że to jedna z tych ról, o jakich marzył od dzieciństwa.
Opowieść o przeżywaniu żałoby
Międzygalaktyczna krucjata Kary i Ruthye ma co prawda szerszy, bardziej uniwersalny wymiar, związany z niecną działalnością bandy Krema, ale przede wszystkim to ubrana w formułę kina akcji opowieść o przeżywaniu żałoby, znalezieniu ukojenia w zemście i o tym, że pies jest pełnoprawnym członkiem rodziny (jakby ktoś w ogóle miał wątpliwości).
O ile kino superbohaterskie zwykle równoważy poważne tematy lżejszym tonem i poczuciem humoru, o tyle w "Supergirl" wyszło to dość przeciętnie. Ja przynajmniej zaśmiałem się może dwa, trzy razy, a z umiejętności rozładowania napięcia i wywołania uśmiechu na twarzy widza, tego typu produkcje uczyniły przecież w ostatnich latach swój znak rozpoznawczy.
"Supergirl": ten film jest nierówny
O tym, że Craig Gillespie potrafi opowiadać o silnych, wielowymiarowych kobietach przekonał chociażby w historii łyżwiarki figurowej Tonyi Harding w filmie sprzed dziewięciu lat "Jestem najlepsza. Ja Tonya". Oglądając "Supergirl" mam wrażenie, że fantastyczny, superbohaterski kostium nie najlepiej mu służy i bardziej komfortowo czuł się twardo stąpając po ziemi niż w międzygalaktycznej podróży.
Ten film jest nierówny. Począwszy od atrakcyjności bohaterów po jego rytm i tempo. Jest w produkcji kilka krótkich scen, w których pojawia się Superman, zwykle w roli "wujka dobra rada", który wprowadza trochę spokoju w chaotyczną rzeczywistość Kary. Może jednak warto go było czasem posłuchać.
6/10
"Supergirl", reż. Craig Gillespie, USA 2026, dystrybucja: Warner, polska premiera kinowa: 26 czerwca 2026 roku.












