W komiksowym oryginale "Brand New Day" zbierało kilka historii, następujących po jednym z najbardziej kontrowersyjnych momentów w dziejach pajęczego bohatera. By ratować życie swojej ciotki, zdecydował się on na pakt z diabłem. Ceną było jego małżeństwo z Mary Jane Watson, z jakiegoś powodu bardzo ciążące ówczesnym włodarzom wydawnictwa Marvel Comics. Tak oto Peter Parker znów stał się singlem, a kawalerskie perypetie do dziś przeplatają się z trykociarskimi wyzwaniami. W ramach ponownego otwarcia przedstawiono szereg nowych postaci pobocznych, wrogów oraz potencjalnych miłości. Wiadomo jednak, że Pająk musiał prędzej czy później wrócić do ukochanej Mary Jane.
Punkt wyjścia filmowego "Całkiem nowego dnia" jest podobny. By zatrzymać bałagan z multiwersum w "Bez drogi do domu" z 2021 roku, Peter (Tom Holland) wymazał wspomnienia o sobie za sprawą magii Doktora Strange'a. Zapomnieli o nim między innymi ukochana MJ (Zendaya) i najlepszy przyjaciel Ned Leeds (Jacob Balaton). Skoro nikt nie zdaje sobie sprawy z istnienia Parkera, pozostaje żyć wyłącznie jako Spider-Man. Kolejne cztery lata upływają herosowi na walce z przestępczością, śledzeniu gangów i łapaniu pomniejszych oprychów. Gdy Peter zdejmuje maskę, izoluje się od ludzi. Czy wielka odpowiedzialność, która idzie zawsze w parze z wielką mocą, oznacza zerwanie wszelkich kontaktów z najbliższymi dla ich bezpieczeństwa? Wydaje się, że oto mamy główny motyw filmu. Tyle że wtedy pojawia się jeszcze kilka innych.
Ten scenariusz jest zdecydowanie przeładowany wątkami
Historia poprzedzająca komiksowe "Brand New Day" wypadła okropnie, ale dała scenarzystom możliwości, z których później wykluło się parę świetnych pomysłów. Zakończenie "Bez drogi do domu" było, jakie było, ale również otwierało twórcom filmu wiele ciekawych kierunków. A oni zdecydowali, że obiorą je wszystkie naraz. Mamy tutaj bardziej przyziemnego Spider-Mana, walczącego z nowojorskimi gangami, jednocześnie zmagającego się z samotnością i tajemniczym nowym zagrożeniem, a w dodatku wpisanego w szersze Kinowe Uniwersum Marvela. Aha, jeszcze jego nadnaturalne moce zaczynają mutować, co niemal uniemożliwia Pająkowi superbohaterzenie. W rezultacie "Całkiem nowy dzień" jest filmem przeładowanym. I chociaż wszystkie wątki znajdują swoje rozwiązanie w finale, nie każdy okazuje się rozwinięty w zadowalający sposób. Głupotek i uproszczeń scenariuszowych nie wyliczam, bo nie starczyłoby mi miejsca.

Spider-Man i Punisher tworzą świetny duet
Najsłabiej wypada wpisanie Spider-Mana w plan produkcyjny fabryki, jaką stało się w ostatnich latach Kinowe Uniwersum Marvela. Nie mam problemu, że w razie kłopotów przewyższającego jego możliwości Peter prosi o pomoc innych superbohaterów, na przykład Hulka (Mark Ruffalo). Jest to zresztą rozwiązane wzięte prosto z kart komiksów. Jednak gdy główny wątek przestaje być historią Spider-Mana, a zamienia się w zapowiedź kolejnego filmu, to dzieje się coś złego. Tym bardziej że intryga powstała w ramach tajemniczego zagrożenia niezbyt trzyma się kupy.
Na plus trzeba natomiast zaliczyć relację Pająka z Punisherem, w którego wciela się ponownie znany z serialowego "Daredevila" Jon Bernthal. Zapomnijcie jednak o nieuśmiechającym się zabijace, który żyje dla przemocy. Tutaj dostajemy ulubieńca widzów w wersji tragikomicznej. To starszy brat, który ma na swoich plecach ogrom nieprzepracowanych traum, ale chowa w środku trochę dobra i ciepła. Serialowy i filmowy Punisher to dwie różne postaci, chociaż w obu przypadkach mamy tego samego aktora. Niemniej, wykreowany przez Bernthala mściciel stanowi tutaj naturalne dopełnienie Spider-Mana. Podobieństwa pojawiają się także w związku z antagonistą, ale wydają się w tym wypadku doczepione na siłę.

Uśmiechnij się, Peter
"Całkiem nowy dzień" sprawdza się najlepiej, gdy skupia się na swoim bohaterze. Holland kreował początkowo Petera jako pełną dobrych chęci ciamajdę. Po dziewięciu latach i siedmiu występach widać, że postać przeszła pewną ewolucję i wydoroślała. Z racji trudów poprzednich filmów, między innymi śmierci mentora i ciotki, młodzieniec spochmurniał, a uśmiech nie gości na jego twarzy także za sprawą braku najbliższych wokół. Relacja z Punisherem działa, ale twórcom nie udało się zbudować nowych postaci wokół Parkera - wystarczy wspomnieć chociażby Jean DeWolff (Liza Colón-Zayas) z nowojorskiej policji, z którą Spider-Man regularnie współpracuje. Miło zobaczyć na dużym ekranie gwiazdę "The Bear", ale grana przez nią policjantka nie ma za dużo charakteru. Tymczasem znakiem rozpoznawczym Kinowego Uniwersum Marvela i jednym z powodów jego sukcesu był fakt, że świat każdego bohater był wypełniony barwnymi osobistościami. Nawet taki Ant-Man musiał mieć zgraję gamoni, która z nim biegała. Bez swoich najbliższych Parker wydaje się niekompletny. Gdy w końcu się z nimi spotyka, na ekran wraca młodzieńcza energia, którą w poprzednich filmach udało się uchwycić Jonowi Wattsowi. Z kolei wyczekiwana konfrontacja Petera z MJ dostarcza wszystkiego, czego się po niej spodziewaliśmy i to z nawiązką. To jedna z najbardziej emocjonalnych i satysfakcjonujących scen w całym Kinowym Uniwersum Marvela, i na pewno jedna z najlepszych w ostatnich odsłonach tej serii.

Reżyser chwali się popisami na pajęczynie
Wattsa, który stał za kamerą pierwszych trzech filmów z Hollandem, zastąpił Destin Daniel Cretton, twórca "Shang-Chiego i legendy dziesięciu pierścieni". Reżyser już wtedy dał znać, że ma odpowiednią wyobraźnię i poczucie rytmu, by dostarczyć nam ekscytujące sceny walk. O ile w prowadzeniu narracji Cretton ugina się miejscami pod ciężarem wielowątkowego scenariusza, o tyle w inscenizacji pajęczych akrobacji nigdy nie drży mu ręka. Spider-Man wykonuje najciekawsze popisy od czasów pierwszych adaptacji zrealizowanych pod okiem Sama Raimiego. Reżyser bawi się możliwościami, jakie dają bujanie się na sieci między drapaczami chmur, pełzanie po ścianach oraz miotanie pajęczyną. Do tego kilka razy przenosi na ekrany znane kadry z komiksów, zawsze ze świetnym rezultatem. Miejscami na drodze stają mu efekty specjalne. Niestety, niedopracowana postprodukcja stała się w ostatnich latach znakiem rozpoznawczym Marvela. Na szczęście oszczędzono nam potworków pokroju lewitującej głowy z "Thora: Miłości i gromu".
"Całkiem nowy dzień" to naprawdę trudny orzech dla recenzenta. Sporo się tutaj nie udało, przede wszystkim od strony scenariuszowej. Nie zmienia to jednak faktu, że Cretton potrafi nam sprzedać tę zawiłą opowieść, a Holland kolejny raz udowadnia, że jest najlepszym odtwórcą roli Pająka. Kinowe Uniwersum Marvela stoi na swoich bohaterach od czasu "Iron Mana" w 2008 roku. Holland, a także partnerujący mu Zendaya, Bernthal i Ruffalo mają tyle charyzmy i talentu, że razem ze zdolnym reżyserem potrafią wyjść obronną ręką ze starcia z produkcyjną machiną. Liczę jednak, że jeśli Cretton powróci w sequelu, trafi mu się film o Spider-Manie, a nie reklamówka kolejnych tytułów z uniwersum, w której Pająk gra tylko jedną z głównych ról.
7/10
"Spider-Man: Całkiem nowy dzień" (Spider-Man: Brand New Day), reż. Destin Daniel Cretton, USA 2026, dystrybucja: United International Pictures, premiera kinowa: 31 lipca 2026 roku










