"Romeria": zrozumieć siebie poprzez historię swoich rodziców
Myślałem, że "Romeria" szybko wyparuje mi z głowy jako kolejna opowieść z cyklu: jestem reżyserem/reżyserką i teraz pokażę wam moje traumy z dzieciństwa. Tymczasem jedna scena spowodowała, że ten film zapisze się w mojej pamięci. Możliwe, że na długo. Nie będzie to spoiler, jeżeli wyjawię, że jest to scena tańca. Upiornego tańca młodych straceńców, która przypomina finał bardzo podobnego w wymowie "Aftersun" Charlotte Wells. Tamten film również rozgrywa się w czasie letnich wakacji, które zamiast sielskości mają oblicze depresji i niedojrzałości ojca bohaterki, będącej do pewnego stopnia alter ego reżyserki.
"Romeria" opowiada o wakacjach 18-letniej dziewczyny (Llúcia Garcia) która przyjeżdża do Galicji, gdzie w nadmorskim mieście mieszka rodzina jej ojca. Nie jest to zwykła podróż. Romeria w języku hiszpańskim oznacza pielgrzymkę, a w hiszpańskiej Galicji leży Santiago de Compostella, czyli jedno z najważniejszych miejsc pielgrzymek dla katolików.

Pielgrzymka 18-letniej Mariny, która wychowała się w rodzinie zastępczej, jest jednak zupełnie inna. Marine nie tyle chce zrozumieć siebie i pokonać własne duchowe rozterki (jak pielgrzymi do Santiago), ile pragnie poznać prawdę o swoich rodzicach, którzy zmarli na AIDS. Mama reżyserki Carli Simón zmarła w następstwie wirusa HIV w 1993 roku. Stąd tytuł jej debiutanckiego filmu. Ojciec zmarł kilka lat wcześniej.
W "Romerii" oglądamy dwie płaszczyzny czasowe. Lato 2004 to moment, gdy Marina przyjeżdża do zamożnej rodziny swojego ojca. Z cyfrową kamerą w ręku rejestruje nadmorski świat, który był tak ważny dla jej rodziców, zanim trafili w szpony uzależnienia. Simón miesza teraźniejszość z przeszłością. Fikcję z realizmem. Debiutująca na ekranie Llúcia Garcia wciela się zarówno w Marine, jak i jej matkę. Obie wyglądają niemal identycznie, co może konfudować widza, ale finalnie ten zabieg ma swój sens.
"Romeria" jest jak kartka z pamiętnika
"Romeria" jest jak kartka z pamiętnika, kręconego na taśmie cyfrowej przez Marinę, ale ma też barwy ujęć stylizowanych na kamerę Super 8 z lat 80. XX wieku. Wszystko jest zaś okraszone pamiętnikiem matki, która opisuje swój związek z ojcem i resztą jego rodziny. Nie wiemy, ile jest w tym opisów matki samej reżyserki, a ile filmowej kreacji.

Symbolem epidemii AIDS Hiszpanii lat 80. jest wspomniany wyżej taniec straceńców, którzy znikają w rytm hiszpańskiego pop z tamtego okresu. Jest tutaj też wątek klasowy. Rodzina ojca Mariny ukrywała jego chorobę i nie dopuszczała do niego nikogo z zewnątrz. Nosiciele HiV byli w tamtym czasie piętnowani przez społeczeństwo, więc mieszkający w willach z basenami i mający własne jachty przedstawiciele elit nie chcieli pokazać, że choroba narkomanów i homoseksualistów (jak wówczas traktowano wirus HiV) jest w jakikolwiek sposób powiązania z ich sterylnym światem.
Marina chce być częścią tego świata, ale na własnych zasadach. A może zasadach swojej matki, której istnienie rodzina przemilcza? Czy uważają, że zatruta, w literalnym i symbolicznym sensie tego słowa, krew jej rodziców przeszła na nią?
7/10
"Romeria", reż. Carla Simón, Hiszpania 2025, dystrybutor: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty, polska premiera kinowa: 15 maja 2026 roku.










