Reklama

Reklama

Przyćmione libido Edwarda Cullena

Saga "Zmierzch": Zaćmienie ("The Twilight Saga: Eclipse"), reż. David Slade, USA 2010, dystrybutor Monolith Films, premiera kinowa 30 czerwca 2010 roku.

Co sprawia, że wciąż chcemy oglądać filmy sagi ''Twilight''? Cóż, wydaje się, że powody są rozmaite. Ktoś kiedyś napisał, że ''Zmierzch'' jest o tym, jak to ważne mieć chłopaka. Ogromne skupienie i koncentracja malujące się na twarzach młodych dziewcząt, które w osiemdziesięciu procentach wypełniły salę premierowego seansu ''Zaćmienia'', wydają się to potwierdzać. Tyleż samo procent ostatniej odsłony cyklu wypełniają przecież niezwykle "poważne" rozmowy trójkąta Jacob-Bella-Edward. Ja, żeby podać inny przykład, wybrałem się licząc, iż w końcu zobaczę jak Edward i Bella konsumują swój związek. Albo inaczej - użyjmy słów, których niczym ognia boją się twórcy sagi - chciałem widzieć ich razem w łóżku. Uprawiających seks. Czy się zawiodłem?

Reklama

Pierwszy ''Zmierzch'' - mimo wszystko - zaskakiwał. Ukonstytuował zupełnie nowy wizerunek wampira, który zdaje się obecnie dominować na dużych ekranach i w świadomości odbiorców. Współczesny krwiopijca przestał być nośnikiem zarazy i postrachem nocy, uosabiać nosiciela HIV. Nie boi się już czosnku, krzyży czy święconej wody. Nie musi zabijać - wampirzy wegetarianizm jest teraz w modzie. Nie lęka się słońca - lśni w jego blasku niczym diament. Utożsamiając się z Bellą, przestajemy się wampira bać. Zaczynamy mu zazdrościć - władzy, siły, nieśmiertelności. Pożądamy go. (Weźmy poprawkę na to, że w męskiej części widowni zmysły rozbudza piękna Kate Beckinsale jako Selena w trylogii ''Underworld'').

Niestety, pierwsza część osadziła nowego krwiopijcę w teledyskowym entourage'u, bezmiarze kiczu, tandety, której nie powstydziłby się nawet wytapirowane gwiazdy lat 80. XX wieku. Pozbawiła też film wampiryczny czegoś, co dla jego estetyki było od zawsze esencjonalne. Krwi. Rozbudziła jednak wiarę w lepsze kontynuacje - w myśl zasady, że w sequelach podwaja się ilość przemocy, akcji, liczbę ofiar. I ładunek erotyki.

Atoli ''Księżyc w nowiu" przemilczają nawet najwierniejsze fanki macierzystego filmu. Wszelkie nadzieje okazały się złudne. Niemiłosierne dłużące się przejścia Bell, rozdartej między miłością do strzygi a przyjaźnią z wilkołakiem zawiodły większość oczekiwań. Film próbował udowodnić, że trylogia nie pretenduje do miana kina grozy, zadowala się zaś statusem ekranizacji młodzieżowej Danielle Steel, przeznaczonej dla nastolatek z subkultury emo (sorry, Stephanie). Na domiar złego, zabójczo przystojny, bladolicy Edward Cullen w trzech czwartych czasu ekranowego pojawia się tylko kilkukrotnie, i to jako widziadło!

Całą ufność należało więc położyć w zwieńczeniu trylogii. Zdarza się, że ostatnia część potrafi uratować honor całej serii i pozwala spojrzeć przychylniejszym okiem na wcześniejsze odsłony (casus nowych ''Gwiezdnych wojen''). Jak z tego zadania wywiązuje się ''Zaćmienie''?

Na pewno widać poprawę w stosunku do usypiającej i drętwej drugiej części. Trup rzeczywiście ściele się gęsto. Z Forks, gdzie o względy Bell rywalizują Edward i Jake, akcja co rusz przenosi się do Seattle. To tam mściwa Victoria (Cullen ukręca łeb jej facetowi w pierwszym ''Zmierzchu'') formuję armię nowo narodzonych - świeżo przemienionych wampirów, którzy pod władzą Rileya - autochtona z Forks, tworzą legion mający skończyć raz na zawsze z rodziną Cullenów. Jest zatem więcej przemocy (ale dalej bezkrwawej), więcej wampirów; wzrosła też liczba wilkołaków. Tutaj żelazne zasady kontynuacji, zniweczone przez ''Księżyc w nowiu'', zostają zachowane. Ale co z tym seksem?

Erotyka, mimo niewątpliwie atrakcyjnej powierzchowności bohaterów, znowu jest znikoma. Jedyna scena ''łóżkowa'', na jaką pozwalają sobie Edward i Bell, kończy się po rozpięciu trzech guzików koszuli i wielkim zakłopotaniem umrzyka. ''Nie mogę. Nie dziś, Bell''. To kiedy, drogi Edwardzie?

Dotykamy tutaj niezwykle istotnej kwestii, jaką jest uderzająco konserwatywne przesłanie sagi ''Zmierzch''. Przeczytałem jakiś czas temu, że wśród amerykańskiej młodzieży panuje moda na składanie tzw. ślubów czystości, czyli obietnic wstrzemięźliwości seksualnej aż do czasu ożenku. ''Zmierzch'' wpisuje się w ten trend, obiecując bohaterom (a przede wszystkim - widzom) coitus dopiero, gdy wcześniej staną na ślubnym kobiercu. Edward i Bell obiecują sobie, co prawda, lepsze, zmysłowe czasy, ale dla widza wszystko to pozostanie w sferze domysłów i fantazji. Chyba jednak jestem z innej ery, czarna, asymetryczna grzywka nie przykrywa mi oczu albo kaptur mam za słabo naciągnięty, bo nie kupuję tej idei. Ileż więcej perwersji jest w relacji dwunastolatków Eli i Oskara, bohaterów szwedzkiego filmu ''Pozwól mi wejść'' (2008), mimo iż nie można snuć przypuszczeń, że kiedykolwiek do czegoś między nimi dojdzie!

Podejrzliwy wobec amerykańskiego boomu na niepokalaność, wolałbym być ukąszony przez europejskiego wampira.

3/10

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: zaćmienie | libido

Reklama

Reklama

Reklama