Reklama

"Ostatni klaps" [recenzja]: Marna sztuka i mierna pornografia

Tytuł najnowszej produkcji Gerwazego Reguły odsyła do filmowego planu. I faktycznie, większa część akcji rozgrywa się w czasie, kiedy Sławoj Maria Hałaburda, milczący od lat twórca kina wysoce intelektualnego, kręci filozoficzną adaptację "Pani Walewskiej" Wacława Gąsiorowskiego.

Historia romansu Napoleona i polskiej szlachcianki jest w jego interpretacji opowieścią o niszczycielskiej sile uczucia, które wyrwało zakochanych z pęt ówczesnych konwenansów, ale przegrało z upolitycznioną decyzją o wyborze przez cesarza małżonki.

Reklama

Twórcę adaptacji interesuje jedynie to, co mieści się w środku jego bohaterów. Ich emocje, rozterki, dylematy, nadzieje i wątpliwości służą mu do zbudowania ponadczasowej, uniwersalnej opowieści, w której przejrzą się współcześni. Czyli zupełnie co innego niż to, co interesuje Marka Obraniaka, polskiego producenta z francuskim kapitałem. Ten w historii metresy Napoleona widzi wypadające spod historycznego kostiumu piersi i przyrodzenia. Historię romansu według niego przedstawia się z perspektywy łaźni i łóżka. Obraniak nie ma wątpliwości: widzowie w kinie szukają już tylko pikantnych momentów.

Każdy, kto ma jakiekolwiek pojęcie o produkcji kina w Polsce, wie, że w zderzeniu postaw intelektualisty i biznesmena można odnaleźć bolączki i konflikty toczące naszą kinematografią. Cóż z tego jednak, skoro Gerwazy Reguła mówi a, ale nie chce powiedzieć b - zamiast dosadnej krytyki środowiska, w którym się obraca, popycha swoją opowieść w stronę bezpiecznego odrealnienia. Chociaż w postaciach z jego obrazu można się doszukać kilku rzeczywistych odpowiedników, to nie trzeba napisu na końcu filmu, żeby upewnić się, że wszelkie związki z rzeczywistością są tu czysto przypadkowe.

Szkoda tym bardziej, że twórca mógł na jednym ogniu upiec dwie pieczenie. W ostateczności bowiem na planie kręcone są w filmowym uniwersum dwa obrazy: jeden artystyczny, drugi xxx. Niestety, także o produkcji filmów dla dorosłych w Polsce dowiadujemy się jedynie z bajek. Tę przedstawiono w sposób aż nazbyt stereotypowy: przypadkowy człowiek na stanowisku reżysera, trzęsącą się kamerą kręci rozwrzeszczane, roznegliżowanie panie i panów, którzy co rusz mają kłopoty z erekcją. Boki zrywać, doprawdy. A wystarczyły tylko małe badania nad tematem, by "Ostatni klaps", pozostając komedią, szedł pod rękę z dziennikarzami i mediami, którzy walczą o odczarowanie wizerunku rynku porno w Polsce, wciąż kojarzonego z alfonsami i prostytucją.

Jak zapewniał Bauman, jeden z profesjonalnych twórców takich filmów w wywiadzie Michała Hernesa: "Branża porno rządzi się innymi prawami. Działamy legalnie, podpisujemy ze wszystkimi umowy i wypłacamy im pieniądze. Nasi współpracownicy są zadowoleni i chcą z nami dalej pracować. W branży porno działają w Polsce firmy, które istnieją wiele lat, a porno nie jest ich wyłączną działalnością, dlatego nie ma tu miejsca na jakieś nieprawidłowości".

Jest więc "Ostatni klaps" świadectwem bumelanctwa, zachowawczości i ogłupienia. Projekcja tego filmu budzi zrozumiały sprzeciw, bo twórcy nie wysili się pod żadnym kątem, żeby rozruszać leniwe usta widza (o innych narządach już nie wspominając). Wszystko jest tu zrobione bez wyrazu i na odczep: scenariusz Mariusza Pujszo nielogiczny i wątpliwy, a zdjęcia i montaż nieznośnie przezroczyste. Ma się właściwie wrażenie, jakby kamera Jakuba Jakielaszeka ("Belcanto", "Jedenaste: nie uciekaj") zamiast obsługującego ją operatora miała czujnik, który reaguje na ruch aktorów. A montaż debiutującego w fabule Tomasza Ciesielskiego? Od linijki i chronologicznie, według podręcznika "Jak opowiedzieć historię, nie używając do tego montażu".

O aktorstwie można byłoby najlepiej nie powiedzieć nic, ale trzeba. Z jednego tylko powodu. Zaangażowani przez Regułę odtwórcy ról mają tym filmem zerwać ze swoim wizerunkiem. I tak Mariusz Pujszo, laureat Węży, polskich antynagród filmowych, za swoje nieśmieszne komedie tym razem prezentuje się jako Hałaburda, reżyser-intelektualista, cierpiący z powodu starości, zbyt poważny, pokraczny. Maja "Frytka" Frykowska, która doświadczyła duchowej (i cielesnej) metamorfozy z rozpustnicy w orleańską dziewicę, gra gwiazdę filmów porno, której zamarzyła się rola w ambitnej produkcji. Zaś Marek Włodarczyk, którego wszyscy zapamiętaliśmy jako poczciwego tatuśka tytułowej bohaterki serialu "BrzydUla", tym razem wciela się w napakowanego, świecącego klatą, pewnego siebie producenta. Trzeba przyznać, że te nowe wcielenia są nawet całkiem pomysłowe. Choć wcale nie jest miło przekonać się, że (może poza Włodarczykiem) aktorom nie idzie tak samo, jak w rolach komediowych. Choć też, z drugiej strony, nie ma co przesadzać - trudno powiedzieć, że idzie im gorzej niż zwykle, bo do pewnego poziomu zdążyli nas już przecież przyzwyczaić.

A że po filmie z pewnością przejadą się krytycy? Cóż, i na tę ewentualność przygotowali się twórcy. Jest w "Ostatnim klapsie" także postać dociekliwej dziennikarki, która odkrywając, że za adaptacją "Pani Walewskiej" kryje się głównie seks, chce okryć produkcje hańbą. Zmienia zdania dopiero wtedy, kiedy przez przypadek zostanie wzięta za jedną z grających w obrazie xxx aktorek i trafi na orgietkę na planie. Po tym doświadczeniu zrozumie, jakimi regułami rządzi się prawdziwa sztuka. Metafora aż nazbyt czytelna: my, krytycy jesteśmy skrzętni, bo... niedoruchani. Czy z wydającymi podobne tezy warto w ogóle wchodzić w dyskusję?

2/10

---------------------------------------------------------------------------------------


"Ostatni klaps", reż. Gerwazy Reguła, Polska 2015, dystrybutor: Muschelka, premiera kinowa: 22 maja 2015 roku.

--------------------------------------------------------------------------------------

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

Chcesz poznać lepiej swoich ulubionych artystów? Poczytaj nasze wywiady, a dowiesz się wielu interesujących rzeczy!

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje