Reklama

"Niebezpieczni dżentelmeni": Komedia pomyłek i używek [recenzja]

Tomasz Kot i Marcin Dorocinski w filmie "Niebezpieczni dżentelmeni" /Łukasz Bąk /materiały prasowe

Gdyby tak wyglądały szkolne lekcje historii, języka polskiego czy wiedzy o sztuce, nie byłoby pewnie problemów ani z frekwencją, ani z zainteresowaniem ze strony uczniów. Debiutujący w pełnym metrażu Maciej Kawalski pokazał, jak szanując realia historyczne, można jednocześnie je nagiąć do własnej wizji i świetnie się przy tym bawić. Bo na "Niebezpiecznych dżentelmenach" będziecie pokładać się ze śmiechu!

"Niebezpieczni dżentelmeni": Narkotyczno-pijackie ekscesy

A jest to historia alternatywna, o czym dowiadujemy się już z planszy rozpoczynającej film. Choć, jak przekonywał mnie reżyser, do zakopiańskiego spotkania czterech wybitnych postaci polskiej kultury, wokół którego zogniskowana jest akcja, w rzeczywistości zabrakło w 1914 roku raptem kilku dni. Stanisław Witkiewicz, Tadeusz Żeleński (jeszcze nie Boy), Bronisław Malinowski oraz Joseph Conrad. To ich narkotyczno-pijackie ekscesy stanowią o sile "Niebezpiecznych dżentelmenów".

Kawalski wziął na warsztat niezwykle barwny okres w polskiej historii, jakim była epoka Młodej Polski. Z jednej strony wyjątkowo płodna artystycznie i pełna wybitnych dzieł literackich czy malarskich, z drugiej obfitująca w szereg obyczajowych skandali, do których wydatnie przyczyniły się obecne na każdym kroku używki. I to właśnie pejotl, ulubiony narkotyk Witkacego, spożyli nasi bohaterowie tuż przed tym, zanim ich poznajemy. Konsekwencją hucznej imprezy w zakopiańskiej willi Witkiewicza były nie tylko problemy z pamięcią oraz zgubiony przez Żeleńskiego płaszcz, ale również strata pokaźnej sumy pieniędzy przeznaczonej na wyprawę badawczą Malinowskiego i... niezidentyfikowany (do czasu) trup w salonie.

Reklama

Formuła komedii kryminalnej dostarcza nie tylko rozrywki, ale wydaje się także idealnym sposobem do opisania tej pełnej absurdów rzeczywistości. Zakopane było wtedy miejscem absolutnie wyjątkowym, prawdziwym tyglem polskiej kultury, a tatrzański krajobraz najwyraźniej sprzyjał zarówno tworzeniu, jak i zabawie. Choć inne zdanie na ten temat miał Witkiewicz, gdy w jednej ze scen, na Kasprowym Wierchu wyzywa przebywających tam w licznym gronie artystów (od Karola Szymanowskiego po Marię Pawlikowską-Jasnorzewską) od bandy pijaków i narkomanów. I na dobrą sprawę trudno się z nim nie zgodzić.

"Niebezpieczni dżentelmeni": Znakomita obsada!

Dowodem na to, jak dobry był to scenariusz, niech będzie obsada. Rzadko bowiem się zdarza, by debiutującemu reżyserowi udało się zebrać tak znakomite grono aktorów. Bo Marcina Dorocińskiego (Witkiewicz), Tomasza Kota (Żeleński), Andrzeja Seweryna (Conrad) oraz Wojciecha Mecwaldowskiego (Malinowski) na jednym planie pewnie pozazdrościć mu może wielu bardziej doświadczonych kolegów po fachu. Choć wydaje mi się, że równie pociągająca była dla nich już sama możliwość zmierzenia się z tak barwnymi, a przy tym znaczącymi postaciami dla polskiej kultury. To duża przyjemność móc obserwować, jak ci znakomici aktorzy interpretują swoich bohaterów, bawią się rolami i cieszą wzajemnym towarzystwem, zwłaszcza że w tej konfiguracji spotkali się na planie po raz pierwszy.

Ambicją reżysera była chęć pokazania bohaterów w na tyle atrakcyjny sposób, by po projekcji zwłaszcza młodzież chciała się o nich czegoś więcej dowiedzieć. Istnieje duża szansa, że Kawalskiemu się to uda, patrząc chociażby na sukces na Warszawskim Festiwalu Filmowym, gdzie film zdobył nagrodę publiczności. Półżartem, widzę tylko jedno zagrożenie związane z "Niebezpiecznymi dżentelmenami", a mianowicie płynącą z ekranu refleksję, że świat po używkach wydaje się znacznie weselszy. Parafrazując słowa Witkiewicza w jednej z kluczowych scen: "Może tak być, że weselszy".  

8/10

"Niebezpieczni dżentelmeni", reż. Polska 2023, premiera kinowa: 20 stycznia 2023 roku.


 

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Niebezpieczni dżentelmeni

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy