"Uciekinier" bez Arnolda Schwarzeneggera? Dla dzieciaka wychowanego na kasetach VHS rzecz niewyobrażalna! A jednak się udało. Nowa ekranizacja dystopijnej powieści Stevena Kinga bije na głowę oryginał i jest przerażająco bliska naszym czasom.
Zaledwie kilka tygodni temu oglądaliśmy na ekranach kina inną ekranizację wczesnej powieści Kinga (pisanej jeszcze pod pseudonimem Richard Bachman) "Wielki marsz", która ma bardzo podobny punkt wyjścia, jak "Uciekinier". Tam również oglądamy dystopijny świat, w którym uciskani Amerykanie karmią się brutalną telewizją, żerującą na najniższych instynktach rodem z krwawych igrzysk w Koloseum. W obu powieściach zdesperowani ludzie zgłaszają się do krwawej gry, która ma wyrwać ich z biedy. Na tej koncepcji powstało wiele popularnych franczyz jak "Igrzyska śmierci" czy "The Squid Game", co wytrąca oryginalność wizji Kinga. Tyle że wydana w 1982 roku powieść jest dziś przerażająco bliska rzeczywistości.
Steven King nie był zadowolony z ekranizacji z 1987 roku z Arnoldem Schwarzeneggerem, która zresztą ma niewiele wspólnego z jego powieścią. Wersję z 2025 roku już zaakceptował, o czym zapewnia jej twórca Edgar Wright. Reżyser "Ostatniej nocy w Soho" książkę Kinga przeczytał w wieku 14 lat i już wtedy myślał, jakby ją przełożyć na język filmu. Zrobił to w swoim stylu. Stylowo, energetycznie, zabawnie ("nowe dolary" mają wizerunek... Schwarzeneggera!) i brawurowo. "Uciekinier" to po prostu angażujące i dające wielką frajdę kino akcji, którego długość (150 min) przelatuje z prędkością samochodów prowadzonych przez znanego z innego z filmów Brytyjczyka kierowcę o pseudonimie Baby.
Ben Richards (Glen Powell) nie trafia do programu Uciekinier jako skazany, co było motywem ekranizacji z 1987 roku. To próbujący żyć uczciwie robotnik, którego żona Sheila (Jayme Lawson) jest zmuszona pracować w nocnym klubie, a i tak nie stać ich na lekarstwa na grypę dla córeczki. Ben traci kolejne prace przez problem z opanowaniem nerwów, co nie umyka uwadze diabolicznemu prezesowi Stacji Danowi Killianowi (Josh Brolin). Brutalny i wściekły Ben jest idealnym materiałem dla żerującej na przemocy korporacji, która kontroluje nie tylko rozrywkę, ale też całe państwo, na czele z wojskiem i policją.
Reguły programu Uciekinier są proste. Trójka uczestników ma przetrwać 30 dni na amerykańskich ulicach (mogą zmieniać miasta i się ukrywać) i wtedy dostaną miliard "nowych" dolarów. Tyle, że w tym świecie kamery są wszędzie, a jednym z elementów gry jest to, że na uciekiniera polują nie tylko uzbrojeni po zęby łowcy, ale też mogą to robić zwykli ludzie... czyli widzowie. Świat stał się jednym wielkim reality show, w którym nie istnieje granica między rozrywką, a życiem. Każdy jest jednocześnie towarem i klientem. Czy dziś nie jesteśmy bardzo blisko tego koszmaru?
Wright pokazuje ogłupione najprymitywniejszą rozrywką masy, manipulacje za pomocą AI oraz rządy autorytarne korporacji. Nic nowego w kinie dystopijnym, ale dziś ta rzeczywistość jest znacznie bardziej namacalna niż w czasach powstania książki Kinga i ekranizacji ze Schwarzeneggerem. Choć Ben Richards jest kreowany przez Killiana na psychopatycznego mordercę, to jego walka zaczyna mieć wymiar klasowy. "Bez Richards żyje!"- staje się hasłem zbuntowanych mas. Do chwili, gdy Ben pojawił się w programie, walkę z korporacją toczyli samotni partyzanci. Zarówno ci w świecie wirtualnym (Daniel Ezra jako internetowy sygnalista), jak i w realnym (Michael Cera z arsenałem broni).
"Uciekinier" nie ma jednak ambicji bycia manifestem. To przede wszystkim wysokooktanowe i okraszone (jak zawsze u Wrighta) świetnym soundtrackiem rasowe kino akcji z Glennem Powellem w roli, jaką kiedyś grywał Bruce Willis. Jego Ben jest bezczelny, niegrzeczny, sarkastyczny i brutalny, ale idealnie wyrzeźbione mięśnie też ma, więc hołd Arniemu złożony został.
8/10
"Uciekinier" (The Running Man), reż. Edgar Wright, USA 2025, dystrybutor: Kino Świat, premiera kinowa: 14 listopada 2025 roku.