Reklama

Moja krew, twoje łono

"Moja krew", reż. Marcin Wrona, Polska 2009, dystrybutor Hagi Film, premiera kinowa 29 stycznia 2010 roku.

Nawiedziwszy wszystkie chyba zeszłoroczne festiwale filmowe w Polsce, debiutancka fabuła Marcina Wrony (wsławił się wcześniej znakomitymi krótkimi metrażami "Człowiek magnes" i "Telefono") wchodzi wreszcie do szerszej dystrybucji. Obraz na rynek odważyła się wprowadzić niewielka firma Hagi Film, która na co dzień specjalizuje się w... rozpowszechnianiu animacji!

Reklama

Agresywny młody bokser, Igor, niespełniony życiowo i zawodowo, dowiaduje się, że jest śmiertelnie chory i zostało mu tylko kilka miesięcy. Furia i pieniactwo biorą górę nad rozpaczą; Igor rzuca się w wir narkotyków, pijaństwa, przygodnego seksu i bójek, które sam prowokuje. Pewnego dnia w akcie desperacji bohater postanawia zostawić po sobie potomka. W poszukiwaniu przyszłej matki wyrusza na Stadion X-lecia. Autorytarnie wyznacza na matkę dziecka młodą Wietnamkę, Yen Ha. Dziewczyna zgadza się na uwłaczający jej godności układ, zdaje sobie bowiem sprawę, że za małżeństwem stoi poprawa statusu materialnego i polskie obywatelstwo.

Kwiat polskiej krytyki filmowej zewsząd atakuje "Moją krew". Wymierzając lewy sierpowy, recenzenci wytykają filmowi "robaczywość ideową", szowinizm, zakłamany wizerunek kobiety. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby teksty były pisane przez młodociane feministki na zaliczenie kursu gender studies na pierwszym roku studiów. Poważna i odpowiedzialna krytyka winna jednak unikać sformułowań z tego - jakże jednotorowego i ograniczonego (choć ze smutkiem przyznać trzeba, modnego) - dyskursu. Zwłaszcza, że wady filmu Wrony leżą gdzie indziej.

"Moja krew" to film pęknięty. Wątpliwość budzi przede wszystkim ostatni akt. Bokser Igor, konsekwentnie prezentowany jako prymityw i kawał skurwysyna (wszystkie wydarzenia oglądamy z jego perspektywy), przechodzi nagle przemianę, w którą trudno uwierzyć: godzi się z niegdysiejszym wrogiem; więcej: czyni go mężem swojej kobiety i przyszłym opiekunem swego dziecka. Robi co może, aby zapewnić pewną przyszłość dziewczynie, którą wcześniej traktował jak przedmiot i inkubator. Trąci to wszystko fałszem, trudno bowiem kupić diametralną przemianę antybohatera w człowieka o dobrym sercu, pełnego rozterek moralnych. Wiarygodności nie przydała temu rozwiązaniu nawet znakomita kreacja Eryka Lubosa (słusznie wyróżnionego w tym roku Nagrodą im. Zbyszka Cybulskiego, choć konkurencja była bardzo duża). Wina tkwi w scenariuszu, napisanym przez Marcina Wronę i Grażynę Trelę (III nagroda w Międzynarodowej Edycji Konkursu Scenariuszowego Hartley-Merrill 2007), a na potrzeby filmu przerabianego wspólnie z Markiem Pruchniewskim.

Byłoby jednak niesprawiedliwością napisać, że nieczyste akordy końcowe przekreślają wartość całości dzieła. Wronę trzeba pochwalić za niezwykle sprawną reżyserię, dobre prowadzenie aktorów (brawa także dla młodziutkiej Luu De Ly, debiutującej na dużym ekranie), efektowną narrację galopującą niczym filmowe przygody Jasona Bourne'a oraz kilka bardzo ciekawych rozwiązań inscenizacyjnych (fenomenalna scena na klatce schodowej z naprzemiennie gasnącym i zapalającym się światłem!).

Kipiąca od emocji, brutalna i widowiskowa "Moja krew" obficie czerpie z rezerwuaru środków wypracowanych przez amerykańskie kino gatunkowe, ale robi to z dużym wyczuciem. Nie mamy więc do czynienia z nieświadomą karykaturą (vide: ostatnie kinowe filmy Pasikowskiego, swoją drogą, prawdziwie szowinistyczne), ale z solidnym rodzimym kinem ufundowanym na zachodnich wzorcach.

6/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: marcin | \ Film | film | krew | twoje

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje