Luc i Jean-Pierre Dardenne opowiadają nam wciąż tę samą historię
To chyba wielkie szczęście, i dosyć jednak rzadka sprawa, kiedy na bardzo wczesnym etapie kariery wie się, gdzie się podąża, co chciałoby się osiągnąć. Luc i Jean-Pierre zdecydowanie wiedzieli. Myślę oczywiście wyłącznie o zawodowej drodze braci Dardenne, chociaż akurat w ich przypadku ta droga nierozerwalnie łączy się z trajektorią, nazwijmy to, ludzką. To są sprawy nierozłączne.
Powtórzę: od lat, od dekad, opowiadają nam wciąż tę samą historię. Ubraną w rozmaite konteksty, twarze, postaci. Różnicują swoje opowieści, ale kino Dardennów to jednak wciąż podobna opowieść o wykluczonych, albo - rzadziej - samowykluczających się ze społeczeństwa. O młodych mężczyznach na bakier z prawem, ale z wielkim sercem, o zbuntowanych dziewczynach z przedmieść, ich nieszczęśliwych matkach, pijanych ojcach, o imigrantach przyjmowanych w najlepszym razie ze wzruszeniem ramion, o blokowiskach na obrzeżach miast, tanich meblach, tanich papierosach, tanich marzeniach. Dla Dardennów takie właśnie marzenia są w cenie.
Nakręcili wiele wybitnych filmów, kilka słabszych również. "Młode matki" to niestety właśnie ta kategoria.
"Młode matki": kobiety niepotrafiące poradzić sobie z bólem i niemocą
Empatyczne zaklęcia tym razem nie pomogły. Opowieść została zbudowana z dobrze już znanych elementów: rozejrzyjmy się dookoła. Rozejrzyjmy uważniej. Zobaczymy wówczas dziewczyny, kobiety, niepotrafiące poradzić sobie z bólem, z trudem, z niemocą. Każda ma własną historię do opowiedzenia. I opowiadają je nam. Młode matki.
A przecież powinno się było udać. W końcu kto, jeśli nie oni. Kto, jeśli nie twórcy "Rosetty" albo "Syna", mieliby prawo do podnoszenie historii o rodzicielstwie do rangi uniwersalnego uogólnienia. Kto, jeśli nie belgijscy bracia otrzymaliby od nas, wdzięcznych widzów, glejt na pokazywanie dobra w rzeczywistości złem zarosłej i stale zarastającej. Kto jeśli nie oni...
A jednak, cóż poradzić, tym razem historia zgrzyta. Schemat razi uproszczeniami. Młode matki, dziewczyny, kobiety, wydają się postaciami wyjętymi z błahego filmu interwencyjnego, albo z filmu nakręconego przez fana kina Dardenne'ów, zbyt uważnie śledzącego (i podziwiającego) ich kino. Kopia, nie parodia. Tyle że tę kopię nakręcili oni sami.
Jesteśmy w Liège, międzygranicznym mieście nad Mozą, w pobliżu granicy z Niderlandami i Niemcami. To największy ośrodek francuskiego obszaru językowego w Belgii. Dardennowie wspólnie z operatorem, Benoîtem Dervaux (wszystkie ostatnie filmy kręcą razem), portretują mieszkanki domu opieki dla młodych matek. Wybierają pięć kobiet, pięć dziewczyn: Jessicę, Perlę, Julie, Ariane i Naïmę. To także pięć różnych postaw wobec życia i wobec macierzyństwa. Schemat jest jednak dosyć typowy. Rodziny patologiczne, alkohol, przemoc, wczesny konflikt z prawem, czasami bezradność, często agresja, albo - jak w przypadku Julie - szczera chęć wyjścia na prostą.
Każdy potrzebuje ciepła i zrozumienia? To oczywiste
Wrogiem jest znieczulica, wrogiem jest samotność. Jessica została porzucona przez mamę, ale chyba już jej przebaczyła, w każdym razie chciałaby się z nią spotkać, porozmawiać. Perla czuje się pozostawiona samej sobie. Tylko ona i dziecko, i koleżanki z "Domu Matki". Jej chłopak nie spełnia oczekiwań, z siostrą coraz trudniej złapać kontakt. Dziewczyny chciałyby wreszcie trochę spokoju (Naïma), albo odzyskać młodość - jak piętnastoletnia Ariana rozważająca oddanie swojego dziecka rodzinie zastępczej. Są podobne, są różne. Macierzyństwo przyszło do nich zbyt wcześnie.
Te portrety są spójne, młode aktorki, także amatorki, oddane i żarliwe, ale niewiele z tej opowieści wynika. Poza truizmami, że każdy potrzebuje ciepła i zrozumienia, że byt materialny, casus państwa opiekuńczego, nie zastąpi mamy, taty, partnera czy rodziny, nie otrzymujemy wiele więcej. Samotne matki, młode matki, ich dzieci.
6/10
"Młode matki" (Jeunes mères), reż. Jean-Pierre Dardenne i Luc Dardenne, Francja/Belgia 2025, dystrybucja: Aurora Films, premiera kinowa: 22 maja 2026 roku.











