Wyczekiwane "Minionki i straszydła" obejrzałam dwukrotnie. Najpierw na światowej premierze filmu podczas Festiwalu Filmowego w Annecy, czyli jednego z najbardziej kultowych wydarzeń poświęconych animacji. Ze sceny widzów przywitali twórcy sagi - producent Chris Meledandri i reżyser, scenarzysta i aktor głosowy, stojący za legendarnym językiem Minionków, Pierre Coffin, a po seansie mieliśmy okazję dłużej porozmawiać. Drugi seans to już całkiem inna bajka - pokaz na premierowym wydarzeniu w multipleksie, na który ściągnęła warszawska influencerska "śmietanka" z latoroślami pod pachą. Były to dwa całkiem inne doświadczenia - o tym, dlaczego, już za chwilę.
"Minionki i straszydła": najbardziej ambitny projekt twórców słynnej serii
"Minionki i straszydła" to być może najbardziej ambitny jak dotąd projekt Coffina i Meledandriego. I tak, już widzę te unoszące się w zdziwieniu brwi: Minionki ambitne? Ta kolorowa sieczka z żółtymi blobami w roli głównej, w której pełno żartów o puszczaniu bąków? Wolne żarty! Spróbujmy jednak odczepić samą filmową opowieść od jej komercyjnego sukcesu i wiążącej się z tym duszącej fali produkowanych na licencji zabawek maści wszelkiej (w tym zmory każdego rodzica, pierdzi-strzałów, czyli pierdzących pistoletów).
Zalew minionkowej komercji z jednej strony umacnia sukces sagi (na prośbę twórców unikam słowa "franczyza", z którymi się nie utożsamiają). Z drugiej potania go i odbiera skojarzenie z dziełem artystycznie wartościowym. A przecież minionkowe uniwersum to autorski pomysł, napędzany kreatywnością Coffina, wszechstronnie wykształconego, wychowanego bez telewizora miłośnika rysunku. Żółte ludziki jego projektu to jedne z najbardziej oryginalnych, wymyślonych od zera filmowych stworów w filmie, a (szykuję się na jęki autorski język Minionków należy do jednego z bardziej wyróżniających się w historii audiowizualnej, zaraz obok stworzonego przez lingwistę Davida J. Petersona Dothraki ("Gra o tron") czy wymyślonego przez Paula Frommera Na'vi ("Avatar").

Opowieść o minionkowym "micie założycielskim" i hołd dla wczesnego kina
Seans w Annecy był czystą magią - i trudno się temu dziwić. Festiwalowa publiczność płynnie mówi językiem filmu, w mig wyłapuje nawiązania, mrugnięcia okiem i aluzję - a tych w "Straszydłach" mamy w bród. Melendandri i Coffin zabierają nas bowiem w podróż fabularnie niezwiązaną z dotychczasowymi odsłonami, którą można by uznać za opowieść o minionkowym "micie założycielskim".
Oto goście muzeum filmu poznają historię jednego z eksponatów, rzeźby dwóch Minionków o imionach Henry i James (Henry James! Hello!), którzy - jak się okazuje - nie tylko należeli do panteonu słynnych filmowców z czasów przełomu dźwiękowego, ale także - dosłownie - uratowali kiedyś ludzkość od zagłady.
Narratorka zaczyna opowieść w starożytności, pokazując perturbacje towarzyszące doskonale nam znanym, minionkowym poszukiwaniom "Big Bossa", czyli genialnego złola, któremu stworki mogły by służyć. Tak przecież zadzierzgnęli znajomość z Gru! Potencjalni szefowie są różni, od antycznego Olbrzyma, przez czarnoksiężnika z magiczną księgą aż po wąsatego kowboja-złoczyńcę, który uciekając przez bandą żółtych piszczących bohaterów wprowadza Minionki do świata Hollywood, który przez przypadek podbijają.
Nie ma tu przypadków - zarządzający studiem filmowym bracia przypominają braci Warner, reżyser, który odkryje talent Minionków mówi z nawiązującym do Premingera, Langa czy Lubitscha akcentem, zaś konno-pociągowy pościg to oczko puszczone w stronę Bustera Keatona w "Generale". Późniejsze zwroty akcji to zaś ewidentny hołd dla wczesnego kina z tytułowymi "straszydłami", które, z "Zaginionym światem" (1925) na czele, położyły podwaliny pod gatunki takie, jak horror czy sci-fi.

"Minionki i straszydła": doświadczenie pełne i satysfakcjonujące
"Minionki i straszydła" to zdecydowanie najbogatsza i najbardziej intertekstualna odsłona sagi, która dla lubiących zwariowane animacje kinomanów będzie doświadczeniem pełnym i satysfakcjonującym. Jest wolniej, bardziej narracyjnie i mniej gagowo, bez wyłącznego podparcia na ping-pongowym maratonie żartów, jak to bywało wcześniej.
I taki obrót spraw był ewidentnie zaskoczeniem dla tych, którzy na warszawski seans zabrali dzieci dwu- czy trzyletnie, licząc chyba, że darmowe słodycze i magia piszczących żółtych stworków załatwi im półtorej godziny wychowawczego odpoczynku. Ci widzowie z seansu w dużej części powychodzili, bo ta część sagi wymaga od widza zdolności choćby podstawowego rozumowania logicznego - a jeśli do tego potrafi wyłapać nieoczywiste poczucie humoru i cieszy się odkrywaniem nowych, nieznanych światów, tym lepiej. Paczka ośmio- i dziesięciolatków z którą przyszłam do kina, bawiła się przednio, choć po seansie długo gadali o tym, że film ich zaskoczył, bo był "inny".
Mówi się, że gestem największej miłości jest pozwolić ukochanej osobie rozwijać się na własnych zasadach. To właśnie zrobili twórcy Minionków w ostatniej części. Wrócili do korzeni, poeksperymentowali, podjęli ryzyko. Z tego powodu nie przypuszczam, żeby "Minionki i straszydła" były najbardziej dochodową odsłoną żółtego uniwersum, choć na pewno świetnie sobie poradzą w kinach.
Ale być może to będzie ta część, która znajdzie się w przyszłości w książkach o historii animacji, a na razie przypomni rodzicom, że chodzenie na filmy z dziećmi nie musi być dwugodzinnym seansem lobotomii, której jedyną konsekwencją mają być drenujące portfel zakupy filmowego "merchu".
To film o podróży bohaterów, który dla widza jest zaledwie jej początkiem.
7/10
"Minionki i straszydła" (Minions & Monsters), reż. Pierre Coffin, USA 2026, dystrybucja: UIP, polska premiera kinowa: 1 lipca 2026 roku.










