Spokojny, kojący głos terapeuty z relaksacyjnego nagrania przeprowadza Adama (Patrick Hivon) przez proces wyciszania się. Głębokie oddechy, skupienie myśli, afirmacje - to wszystko, a nawet solarna lampa antydepresyjna oraz garść leków przeciwdepresyjnych, nasennych i uspokajających nie są jednak w stanie wyrwać bohatera ze szponów depresji. Jego lęki mają wiele źródeł. Świat dookoła wali się. Pożary przeplatają się z gwałtownymi, destruktywnymi nawałnicami, Księżyc zdaje się świecić na czerwono - z powodu gazów i pyłów pożarowych blokujących przepływ niebieskiego światła. Nawet Ziemia się trzęsie. To wszystko wygląda bardzo źle, tym gorzej, że poza lękami o przyszłość planety Adama prześladuje po prostu samotność i kryzys wieku średniego.
Trudno być wrażliwcem w dzisiejszych czasach
Wrażliwy czterdziestopięciolatek prowadzi mikroschronisko dla psów gdzieś na kanadyjskiej prowincji. Grono jego przyjaciół jest jeszcze mniejsze niż wataha czworonogów, którymi się opiekuje. Jest Frank (Erik K. Boulianne), mistrz makaronu z parówkami. Jest też ojciec (Gilles Renaud), mężczyzna w kwiecie wieku, twardo stąpający po ziemi. Nie uważa, żeby cztery dekady na karku były końcem czegokolwiek. Jeżeli już to są przełomem. Jest jeszcze otwarta na erotyczne przygody pracownica azylu Romy (Elizabeth Mageren) - między nią i Adamem pojawia się intymność fizyczna, ale nie ma mowy o porozumieniu dusz. "Jesteś dla mnie za stary" - słyszy od niej bohater. Nie poświęca temu wiele uwagi, nie on inicjuje relację. Najważniejsza jest dla niego planeta. Mężczyzna nie ma wątpliwości, że życia na niej wkrótce skończy się w formie, jaką znamy. Pogrąża się w coraz mroczniejszych wizjach, ale jednocześnie szuka pomocy - stąd leki i decyzja o zakupie lampy solarnej.
Trzydzieści minut w świetle o odpowiedniej temperaturze ma pozytywnie wpływać na mózg… O dziwo - pomaga, ale nie tak, jak ktokolwiek mógłby oczekiwać.
W przesyłce z cudownym urządzeniem Adam znajduje numer kontaktowy do producenta. Dzwoni, przekonany, że to linia pomocy psychologicznej, a nie zwykła infolinia ze wsparciem klienta. Odbiera Tina (Piper Perabo). W jej głosie jest troska, humor, energia. Zaczyna dziać się magia. Niespodziewanie dla obojga powoli rozkwita uczucie, które być może nie uratuje globu przed zagładą, ale może uratuje tę dwójkę?
Przewrotnie o apokalipsie
Lęki i depresje ekologiczne nie zostały jeszcze zakwalifikowane jako odrębna jednostka chorobowa, ale dotyczą coraz szerszego grona ludzi. Jedni zaprzeczają, inni z coraz większym przerażeniem śledzą kolejne anomalie pogodowe - Adam z pewnością należy do tej drugiej grupy. Reżyserka, a zarazem scenarzystka Anne Émond nie pozwala ani jemu, ani widzom rozgościć się w lochach fatalizmu. Zmienia zasady gry i zamiast opowiadać o strachu, przekuwa go na ekscentryczny romans.
"Miłości w czasach apokalipsy" bliżej jest zapewne do humoru Spike'a Jonze i jego filmu "Ona" czy skandynawskich komedii egzystencjalnych sygnowanych przez Roya Anderssona niż hollywoodzkich opowiastek maczanych w lukrze i różu. To historia o normalsach, nieco przerażonych światem i rzeczywistością, którzy odnajdują siebie nawzajem wśród chaosu. Pomimo ciężkiego tematycznie tła, to opowieść pełna lekkości, wdzięcznej nieporadności. Adam, Frank, jego ojciec, Tina - to postaci żywe, nie papierowe. I w tym tkwi chyba największa siła tego kanadyjskiego odkrycia, które zawędrowało rok temu na festiwal w Cannes. Powiew przekornej świeżości, a może zwykłej nadziei i otuchy.
6/10
"Miłość w czasach apokalipsy" (Amour Apocalypse), reż. Anne Emond, Kanada 2025, polski dystrybutor: Aurora Films, premiera kinowa: 8 maja 2026 roku.










