Tuż przed Bożym Narodzeniem na nasze ekrany trafia norweski film młodzieżowy "Dancing Queen w Hollywood". Czy historia roztańczonej Miny może wciągnąć tak bardzo jak nasza rodzima seria "Za duży na bajki"?
Czy dziś nastolatkowie marzą jeszcze o takich rzeczach, jak wyprawa do Hollywood albo granie u boku Brada Pitta? Według reżyserki Aurory Gossé i scenarzystki Silje Holtet jak najbardziej. Sama mam wątpliwości.
Mina (Liv Elvira Kippersund Larsson), główna bohaterka "Dancing Queen w Hollywood", razem z rodzicami i grupą taneczną, do której należy, wyjeżdża do Ameryki, żeby nagrać teledysk. Spełnienie marzenia? Pozornie tak. Czas szybko jednak zweryfikuje sny. Wyprawa okaże się dla dziewczynki egzaminem z dojrzałości, przyniesie konieczność podjęcia trudnych decyzji i skonfrontuje ją z równie wymagającymi emocjami.
Kontynuacja młodzieżowej "Dancing Queen" (z 2023 roku) przenosi akcję z Norwegii do USA. Czy widz musi znać część pierwszą, żeby odnaleźć się w fabule sequela? Nie ma takiej konieczności. Akcja jest klarowna, nawet za bardzo. Umiejscowienie przygód Miny za oceanem jest prawdopodobnie najbardziej "oryginalnym" pomysłem w scenariuszu. Film poukładany jest według akademickiego A-B-C, począwszy od samej bohaterki, a na rozwoju wydarzeń skończywszy. Ameryki też za wiele tu nie ma... Nie sprawdzałam lokacji w informacjach produkcyjnych, przyznaję, ale mam nieodparte wrażenie, że w Hollywood złapano jedynie kilka ogólnych obrazków, reszta powstała w Norwegii, we wnętrzach. Zapomnijcie, jeżeli ktoś chciałby dzięki "Dancing Queen w Hollywood" poznać inne, dziecięco-młodzieżowe spojrzenie na Fabrykę Snów.
Całość filmu wpisuje się w nurt produkcji dla bardzo młodych "young adults". Bliżej tej historii do "Za dużego na bajki" niż, dajmy na to, "Zmierzchu". Jednocześnie rodzima saga norweską propozycję wyprzedza o lata świetlne - na każdym poziomie: pomysłu scenariuszowego, dialogów, akcji, dynamiki, charyzmy. U nas jest przygoda, niebezpieczeństwa, emocje. W "Dancing Queen w Hollywood" naprawdę o to wszystko trudno, pomimo "Ameryki" i "Brada Pitta".
Skąd w ogóle ten Brad Pitt? Dlaczego Brad Pitt? I czy pojawia się na ekranie (nie odpowiem, sami się domyślcie). O ile wiem, dzieciaki chętniej przesiadują teraz na TikToku niż na platformach streamingowych w poszukiwaniu "długich" filmów z dziś już ponad 60-letnim aktorem. Może to bardziej idol rodziców Miny? W każdym razie dziewczynka jest wniebowzięta, gdy w windzie (oczywiście, że w windzie, nie ma to jak sztampa, mogła być jeszcze ulica lub kawiarenka) dostrzega ją "agentka castingowa" i zaprasza na udział w przesłuchaniach do roli córki Pitta. Dla tej wyjątkowej szansy Mina zawala treningi ze swoim zespołem. Ryzykuje utratę wiodącej roli w układzie - na rzecz rywalki o serce swojego obiektu westchnień: Belli (oczywiście "ta ładniejsza" dziewczynka musi mieć na imię Bella). To dopiero początek kłopotów, bo psuć zaczyna się też w rodzinie nastolatki.
Wątłą fabułkę, pozwalającą na ukazanie rozwoju emocjonalnego Miny, można byłoby jeszcze zaakceptować w imię edukacyjnej roli filmu. Drażnią jednak liczne uproszczenia, skróty, sztuczne próby zbudowania napięcia. Pominięcie jednej próby powoduje, że Mina wypada z rytmu i zaczyna bardzo odstawać od reszty grupy. Telefon na casting wymaga pojawienia się dziewczynki w innym zakątku Los Angeles właściwie natychmiast, i oczywiście w noc nagrania teledysku... Od historii i wciągnięcia się w nią dystansuje też polski dubbing. Wydaje się chwilami za bardzo teatralny.
A może jest ABBA? W końcu tytuł to "Dancing Queen". Może w ścieżce muzycznej? Nie. Nic z tych rzeczy. Są za to odniesienia do "Dirty Dancing", nawet kilka. Znowu chyba bardziej dla rodziców niż dla dziecięcych widzów.
Narzekam. Przyznaję. Z prostej przyczyny. Wierzę w dzieciaki i to, że wiele z nich doskonale orientuje się w realiach popkultury i komunikacji, natychmiast odczytują różne kody, nie trzeba im tego podawać tak dosłownie. Nie wierzę natomiast w ich tęsknotę za światem dla nich tak skrajnie obcym. Pitt (gdyby autorki zaproponowały chociaż casting do teledysku Taylor Swift, sprawa byłaby bardziej wiarygodna dla młodych odbiorców), Patrick Swayze i Jennifer Gray... Na bok jednak wątpliwości i narzekania!
"Dancing Queen w Hollywood" nie da się odmówić walorów edukacyjnych: ukazania odbiorcom, że decyzje mają swoje konsekwencje, że po odrzuceniu można żyć dalej - i to szczęśliwie, że rodziny się rozpadają, ale i tak - trwają w przyjaźni. Największym atutem jest główna aktorka - dziewczynka charyzmatyczna, pozwalająca na identyfikację dzięki swojej naturalnej urodzie i sposobowi bycia. Chociaż od pierwszych scen wiadomo, dokąd ta historia widzów i Minę zaprowadzi, to jednak kibicuje się jej.
Bez wątpienia na naszych ekranach brakuje filmów dla widzów około 10-12 roku życia. Już na bajki za dużych, ale jeszcze za młodych na rozbuchaną popkulturę. "Dancing Queen w Hollywood" ma szczytne ambicje i przesłanie. Dzięki możliwości utożsamienia się z Miną (poza tym nieszczęsnym Pittem) - daje dzieciakom przestrzeń dla przepracowania swoich emocji i uwierzenia w siebie. Może to i lepiej, że nie gna tak jak świat dookoła? To zawsze coś, ale chciałoby się jednak, żeby oferta dla młodszych kinomanów była bardziej rozbudowana i lepiej zrealizowana. Ale przed nami już niedługo, bodaj w marcu, premiera trzeciej odsłony "Za dużego na bajki". Ja czekam.
5/10
"Dancing Queen w Hollywood" (Dancing Queen 2 i Hollywood), reż. Aurora Gossé, Norwegia 2025, dystrybutor: Bomba Film, premiera kinowa: 19 grudnia 2025 roku.