Właściwie każda komedia romantyczna w reżyserii Willa Glucka to murowany hit. Od "Łatwej dziewczyny" (2010) z Emmą Stone w roli głównej, przez głośny "To tylko seks" (2011) aż po przebojowe (i kasowe) "Tylko nie ty" (2023). Jego produkcje nie zawsze przypadały do gustu krytykom, ale często odnosiły sukces finansowy. Zwłaszcza komedia z Sydney Sweeney i Glenem Powellem okazała się prawdziwym hitem - zarobiła ponad 220 mln dolarów na całym świecie przy budżecie wynoszącym 25 mln dolarów.
Wszystko wskazuje na to, że "Tylko jedna noc" będzie największą finansową porażką w karierze Glucka. Film zarobił jedynie 12 mln dolarów na całym świecie podczas weekendu otwarcia. Nie uważam jednak, że jest jego najgorszym filmem. Ba, pod pewnymi względami spodobał mi się nawet bardziej niż "Tylko nie ty".
Odważna i jednocześnie grzeczna komedia romantyczna
Przenosimy się do świata, w którym seks przedmałżeński jest zakazany. Władze Stanów Zjednoczonych wprowadziły jednak wyjątek - przez zaledwie 12 godzin, jednego dnia w roku, można legalnie pozwolić sobie na zakazane zbliżenia.
Poznajemy głównego bohatera, właściciela pizzerii Owena (Callum Turner), który podczas tego wyjątkowego wieczoru i wymyślnej kolacji słyszy od swojej dziewczyny (Maya Hawke), że chciałaby spróbować zbliżenia z kimś innym. Splot różnych wydarzeń krzyżuje drogi mężczyzny z Allie (Monica Barbaro), singielką-romantyczką poszukującą swojej drugiej połówki - nie tylko na tę jedną noc, ale być może i na całe życie. Ich pierwsze spotkanie dalekie jest od ideału. Nie wiedzą jeszcze, że to dopiero początek bardzo długiej nocy, pełnej nieoczekiwanych zwrotów, wzlotów i upadków.

Wielu widzów może nie kupić pomysłu stojącego za fabułą filmu. Istnieje przecież wiele argumentów, które mogłyby podważyć jego punkt wyjścia. Twórcy - Will Gluck i scenarzysta Travis Braun - wychodzą jednak z nich całkiem obronną ręką. Rząd kontroluje seksualność obywateli za pomocą biosensorów, czyli implantów umieszczonych pod skórą. Gdy dochodzi do zbliżenia, w mgnieniu oka zjawiają się służby, a "przestępcy" są surowo karani. Nie ma konkretnego wyjaśnienia, dlaczego właściwie wprowadzono ten zakaz, a sam reżyser przekonuje, że to celowy zabieg.
"To trochę jak z polityką - nikt nie pamięta już, dlaczego właściwie tak się stało. Ale nie w tym rzecz. Najważniejsze jest to, że raz w roku robi się wyjątek i przez jedną noc zakaz nie obowiązuje" - mówił w rozmowie z EW.
Punkt wyjścia brzmi jak idealna baza dla komedii erotycznej, jednak, co ciekawe, samych scen zbliżeń nie ma tu zbyt wiele. Owszem, widzimy sporo migawek przedstawiających klejących się do siebie mieszkańców Nowego Jorku, ale chemia między Allie i Owenem budowana jest przede wszystkim poprzez rozmowy, gesty i spojrzenia. Jedyna scena zbliżenia okazuje się zresztą wyobrażeniem bohaterki. To dość zabawny paradoks: od pierwszej minuty daje się widzom do zrozumienia, że obywatele mają obsesję na punkcie tego jednego dnia, a sam film pozostaje zaskakująco grzeczny.
Wakacyjne guilty pleasure
Traktowanie fabuły zbyt dosłownie jest największą pułapką tego filmu. Choć przed seansem słyszałam raczej negatywne opinie, nie miałam żadnych oczekiwań. "Tylko jedna noc", choć niepozbawiona wad, okazała się idealnym wakacyjnym guilty pleasure.
Owszem, łapałam się na tym, że próbowałam za wszelką cenę obalić zasady świata przedstawionego, jednak dość szybko zrozumiałam, że nie ma to najmniejszego sensu. To nie jest film, który ma chwalić lub krytykować seks przedmałżeński. "Tylko jedna noc" wpisuje się w nurt współczesnych komedii romantycznych, które eksplorują absurdalne realia jako metaforę problemów z bliskością. Obecnie coraz więcej osób jest singlami z wyboru. Aplikacje randkowe oraz tzw. "hookup culture" (niezobowiązujące relacje) potrafią skutecznie zniechęcić do poszukiwania związku i prawdziwej, wartościowej więzi. Allie i Owen mierzą się dokładnie z tym samym. Ona, po wielu nieudanych próbach poderwania kogoś podczas tej wyjątkowej nocy, dochodzi do wniosku, że wszystkim zależy tylko na jednym. Z kolei on mierzy się z niezdecydowaniem swojej dziewczyny. Przesłanie nie jest szczególnie odkrywcze, ale film Willa Glucka nie miał być głębokim melodramatem. To rozrywkowa komedia romantyczna, która dokładnie spełnia założenia tego gatunku.

Duet Moniki Barbaro i Calluma Turnera wypada o wiele bardziej przystępnie niż Sydney Sweeney i Glen Powell we wspomnianym "Tylko nie ty". Ich relacja nie opiera się na nieznośnych złośliwościach, a raczej na błyskotliwości Allie i uroku osobistym Owena. Zwłaszcza Barbaro wypada w tej roli fenomenalnie. Jej mikroekspresje dodają bohaterce naturalnej lekkości i autentyczności.
Moim głównym zarzutem do "Tylko jednej nocy" jest jednak powtarzalność. W pewnym momencie "przypadkowych" spotkań Allie i Owena jest już nieznośnie dużo, a każda ich interakcja zaczyna przypominać tę, którą widzieliśmy zaledwie kilka minut wcześniej. Z tego powodu tuż przed finałem seans zaczyna się nieco dłużyć i nużyć.
Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy widzowie kupią punkt wyjściowy dla fabuły. Jeśli jednak dacie się ponieść tej absurdalnej historii, gwarantuję, że czeka was doskonała rozrywka.
6,5/10
"Tylko jedna noc", reż. Will Gluck, USA. Data premiery w kinach: 14 sierpnia 2026 r.












