Mało który filmowiec choć trochę o tym nie marzy. Nie każdy publicznie się do tego przyzna, ale większość chciałaby na jakimś etapie kariery otrzeć się o ten świat. Stolicą kina jest przecież nie Londyn, nie Berlin, a już na pewno nie Warszawa, ale Hollywood.
Urodzony w Łodzi w 1958 roku Piotr Sobociński, wybitny polski operator, syn innego operatora - Witolda Sobocińskiego, i ojciec dwóch kolejnych autorów zdjęć: Piotra Jr. i Michała (oraz aktorki Marii), swoje marzenie spełnił. Prosto z oscarowej gali, na której znalazł się za sprawą nominacji za zdjęcia do "Czerwonego" Krzysztofa Kieślowskiego, trafił do Fabryki Snów.
Miał to coś, czego Hollywood brakowało i desperacko potrzebowało: artystyczną wrażliwość, zaangażowanie, oko, pasję i niepohamowaną chęć do pracy. On sam miał za to sen - sen artysty z Polski lat 90. Z kraju, który uczył się przeliczać na nowo pieniądze, cieszył wolnością i nie wiedział, dokąd zmierza. Piotr Sobociński wiedział…
Na planie z Jennifer Lopez i Melem Gibsonem
Niemal z dnia na dzień zaczął regularnie przemieszczać się między Europą i USA, w Los Angeles niemal nie schodząc z planu. Chcieli z nim pracować najwięksi. Przed jego kamerą grali Leonardo DiCaprio, Robert De Niro, Meryl Streep i Diane Keaton - w "Pokoju Marvina" Jerry'ego Zaksa (1996), a także Mel Gibson, Gary Sinise i Rene Russo - w "Okupie" Rona Howarda (1996). U boku reżysera Roberta Bentona kręcił Paula Newmana, Susan Sarandon, Gene'a Hackmana i Reese Witherspoon w "Półmroku" (1998). Przed jego obiektywem stała Jennifer Lopez w filmie "Oczy anioła" Luisa Mandokiego (2001).
Miał trzydzieści kilka lat i z szarej Łodzi "przeniósł" się do Malibu. Spełniony sen? Tak! Ale "Magic Hour" Marcina Borchardta pokazuje jego koszt.
Reżyser, który zasłynął takimi dokumentami, jak "Beksińscy. Album wideofoniczny" (2017), "Tony Halik" (2020) i "Moi Themersonowie" (2026), otrzymał dostęp do archiwów filmowych rodziny Sobocińskich. Obejrzał około 250 godzin domowych nagrań z lat 1987 - 2001. Ciągu dalszego nie ma - Piotr Sobociński zmarł nagle w Vancouver w Kanadzie, w trakcie pracy nad filmem "24 godziny" w reżyserii Luisa Mandokiego. Miał 43 lata. W materiałach, które operator nagrał na własny i bliskich użytek, Marcin Borchardt szuka odpowiedzi na pytanie, jak mogło do tego dojść.

Świat, w którym trzeba być wrażliwym i efektywnym
Za Piotrem Sobocińskim i Marcinem Borchardtem trafiamy na plan "Dekalogu", potem m.in. "Półmroku". Widzimy operatora w wirze pracy, szczęśliwego i chłonącego Amerykę razem z rodziną - żoną Hanną Mikuć i dziećmi. Czasami to drobne, zwyczajne sytuacje. Jak to w rodzinie. Bywa jednak, że przed kamerą pojawiają się przyjaciele i znajomi - sławy hollywoodzkie i polskie (nazwisk nie będę spoilerować). Czasem coś komentują, kiedy indziej dopytują samego operatora o jego odczucia. Po ulicach jeżdżą limuzyny, słońce świeci, z tarasu rozpościera się bajeczny widok na ocean.
Ale...
"Wstaję rano, kiedy jest ciemno, i wracam, kiedy jest ciemno. I padam do łóżka" - mówi w jednej ze scen bohater opowieści. "W czasie robienia filmu "Ransom" ("Okup") nie wiedziałem, że jest zima. Jak robiłem "Marvins' Room" ("Pokój Marvina"), nie zauważyłem lata, że przeszło - siedziałem cały czas w hali. W nocy mnie przywozili i odwozili. Moja córka, która chodzi spać wieczorem o 7. i wstaje rano o 7. - nigdy mnie nie widziała, chociaż rodzina jest zawsze ze mną" - opowiada.
"Zawsze" bywa czasem niemożliwe i wtedy zostają święta, krótkie chwile wspólnej radości (ich ulotność wzmaga intensywność), a potem rozstanie i tęsknota. Za Mazurami, za synami i córką, ukochaną żoną, która dla męża porzuciła swoją dobrze rozwijającą się karierę aktorską.
Praca wciąga, ale też wyniszcza. "Jest się śrubką, ale złotą" - stwierdza w innym momencie Piotr Sobociński.
Piotr Sobociński: absolutnie pochłaniający portret człowieka
Fabryka Snów… Nie przez przypadek taki przydomek zyskało Hollywood i chyba nie lubi się chwalić tym, skąd się on wziął. Talent i wrażliwość wykorzystywane są nie do tworzenia sztuki, a produktu, który musi się sprzedać, dlatego producenci stawiają coraz bardziej absurdalne żądania. Scena wesoła musi być nakręcona w konwencji wesołej, ale i smutnej. "Predyspozycje artystyczne są wykorzystywane do dostarczania jak największej ilości materiału" - słyszymy głos Piotra Sobocińskiego.
Mógł odmówić? Nie przyjmować jeszcze jednej propozycji? Zrezygnować z kolejnego planu na końcu świata, z wędrówki od hotelu do hotelu? Na to pytanie każdy widz "Magic Hour" będzie musiał odpowiedzieć sobie sam. Jak i na to, czy świat naprawdę od lat 90. się zmienił.
Marcin Borchardt, podążając za archiwum Piotra Sobocińskiego, stworzył niezwykły, absolutnie pochłaniający portret: człowieka, czasów i pasji, jaką jest kino. Miłości wspaniałej i niebezpiecznej zarazem, uzależniającej niczym narkotyk. Dla kinomanów to pozycja nie do przegapienia, pomimo tragicznego finału.
Film "Magic Hour" będzie miał swoją premierę na 66. Krakowskim Festiwalu Filmowym.
8/10
"Magic Hour", reż. Marcin Borchardt, Polska 2026.












