"Robin Hood: Koniec legendy" - tym razem bohater jest zupełnie inny
Robin Hood to taki makiaweliczny bohater. Postępuje niezgodnie z prawem, ale w imię wartości i większego dobra, czym wzbudzał naszą sympatię. Zwłaszcza w klasyku z początku lat 90. XX wieku, jakim był "Robin Hood: Książę złodziei", postać ta, odgrywana przez Kevina Costnera, była romantyzowana. Tym razem jest zupełnie inaczej.
Michael Sarnoski, który podjął się reżyserii, ale jest też autorem scenariusza nowego filmu "Robin Hood: Koniec legendy", odziera tę postać z mitu. Jego produkcję porównuje się często z "Bez przebaczenia" Clinta Eastwooda. Nie bez powodu. Starszy z twórców dokonywał w swoim filmie brutalnej dekonstrukcji westernowego mitu, a Sarnoski tę strategię powtarza, tyle że w przypadku tytułowego Robina Hooda. To zatem opowieść o mężczyźnie, którego na ostatnim etapie swojego życia wzięły wyrzuty sumienia i konfrontuje się ze swoją legendą i przeszłością.
Nie obserwujemy zatem bohatera w sile wieku, jak przywykliśmy, a zmęczonego życiem starca, który postrzega siebie jako brutalnego przestępcę i jak na spowiedzi opowiada o swoich kolejnych grzechach. A było ich wiele, o czym dowiadujemy się przede wszystkim z narracji zza kadru.
Hugh Jackman to najmocniejszy punkt nowej opowieści o Robinie Hoodzie
Sarnoski nie ucieka od brutalnych scen, które dopełniają ten mroczny krajobraz. Trzeba przyznać, że od strony wizualnej - za zdjęcia odpowiada Pat Scola - robi to wrażenie. W tej historii pojawia się jednak też światło. Związane jest z miejscem, do którego trafia ciężko ranny bohater przywieziony przez swojego dawnego kompana Małego Johna (Bill Skarsgård). To klasztor, będący czymś w rodzaju ostoi niewinności i miejsca, gdzie schronić się mogą ci słabsi. Na jego czele stoi siostra Brigid (Jodie Comer) i to relacja głównego bohatera z nią stanowi podstawę filmu "Robin Hood: koniec legendy".
Zmienia to nieco ton produkcji - ze stricte rewizjonistycznego na nieco bardziej misyjny. Bo dla głównego bohatera ochrona tego miejsca staje się szansą na, przynajmniej częściowe, odkupienie win.
Nie była to łatwa rola dla wcielającego się w postać Robina Hooda Hugh Jackmana. Fizyczna metamorfoza to jedno, ale akcję często zastępuje tu refleksja, namysł. Nie ma wielu rozpraszaczy w postaci dynamicznych, efektownych scen. Wiele za to dzieje się na twarzy bohatera, w jego spojrzeniu, w licznych momentach ciszy. Spora jest też skala emocji, jaką musiał w filmie pokazać aktor. Od zwierzęcej wręcz brutalności, obłędu, po czułość, niemal ojcowską delikatność.
Jackman, obok pięknych, surowych krajobrazów Irlandii Północnej, gdzie kręcona była ta produkcja, to dla mnie najmocniejszy punkt nowej opowieści o Robinie Hoodzie. Filmu osobliwego, ale intrygującego i zaskakującego, bo nigdy bym się nie spodziewał, że historia tego akurat bohatera pokazana zostanie w duchu slow cinema.
7/10
"Robin Hood: Koniec legendy" (The Death of Robin Hood), reż. Michael Sarnoski, USA 2026, dystrybucja: M2Films, polska premiera kinowa: 19 czerwca 2026 roku.












