"Kochanie, nie!": czarny humor szokuje i bawi
Jest czarny humor, ironia i obrazowe sceny przemocy, które w równym stopniu szokują i bawią. Jest kilka świetnie napisanych dialogów i cały wachlarz ekscentrycznych postaci, które by się odnalazły w "Okrucieństwie nie do przyjęcia". Wszystko to jednak tworzy rozczarowująco nijaką historię, która mogłaby być równie dobrze odcinkiem serialu w stylu "Poker Face". I to wcale nie najlepszym.
To jednak zaskakujące, bo poprzedni film Ethana Coena, który napisał ze swoją żoną Tricią Cooke, "Żegnajcie laleczki" (2024), był oryginalną zabawą trashowym kinem. Zarówno tamta produkcja, jak i "Kochanie, nie!" są nazywane "lesbijską B-klasową trylogią" (ostatnia część ma mieć tytuł "Go, Beevers!").
Stylistycznie jest to rasowe kino klasy B, o które bracia Coen się wcześniej ocierali, ale nigdy go nie eksploatowali w pełnej formie. Tutaj mamy bezpośrednio podany kicz, dosadne sceny erotyczne (element rzadko obecny w filmach zdobywców Oscarów za "To nie jest kraj dla starych ludzi" i "Fargo") i absurdalną przemoc. Jest to osobliwa mieszanka, ale też otwarty poliamoryczny związek Coena i biseksualnej Cooke nie należy do tradycyjnych. Tym bardziej szkoda, że napisali tak pęknięty kryminał, który na dodatek otwiera za dużo pobocznych wątków, mimo zaledwie 90-minowej długości.
Wątków jest tutaj cała masa. Właśnie, za dużo
Tak, jak w "Żegnajcie laleczki" w główną postać wciela się Margareth Qualley, która tutaj nazywa się Honey (kochanie), co wyjaśnia słowną zabawę w tytule. Gra ona zblazowaną detektyw z kalifornijskiego Bakersfield. To wymarzone miasto w świecie Coenów. Zakurzone pustynnym piaskiem, senne i pełne dziwaków. Jest zdemoralizowany pastor-seksoholik (Chris Evans jako zupełne przeciwieństwo Kapitana Ameryki), tajemnicza policjantka (Aubrey Plaza), która nawiązuje gorący romans z panią detektyw. Są rednecki głosujące na Trumpa i spora rodzina Honey, na czele z jej ulubioną siostrzenicą Corinne (Talia Ryder), która w pewnym momencie znika z domu.
Wątków jest tutaj cała masa. Od powiązanego z francuskimi gangsterami rodem z kina Luca Bessona pastora, przez upiornego dziadka obserwującego bohaterów, który mógłby pić kawę u Davida Lyncha, aż po parodiujący "Nagi Instynkt" romans detektyw i femme fatale. Tyle, że to wszystko się nie klei.
Poszczególne sceny bawią, wprawiają w zdumienie, a samo miasto jest zjawiskowo sfotografowane przez Ari Wegner ("Psie pazury"). "Kochanie, nie!" oglądało mi się naprawdę przyjemnie.

"Kochanie, nie!": kino dla fanów tanich, nocnych pokazów
Stylistycznie ten film przyciąga już od pomysłowych napisów początkowych. Tyle że po filmach z nazwiskiem Coen nie spodziewam się pustych kalorii. To jest neo noir napisane na kolanie. Bez pasji i zuchwałego błysku poprzedniego filmu.
Drażni przy tym poszatkowaniem scenariusza, w którym jest za wiele elementów. Może film powinien być dłuższy? A może Coen i Cooke powinni pójść drogą Rodrigueza i Tarantino, którzy oddając hołd podrzędnemu kinu Grindhouse ("Maczeta", "Death Proof") nie silili się nawet na pozory, że kręcą cokolwiek więcej niż kino dla fanów tanich, nocnych pokazów w podrzędnych kinach samochodowych?
Qualley jako Humphrey Bogart ze środowiska LGBT ma jednak swój przewrotny urok, więc mimo wszystko czekam na zakończenie trylogii.
5,5/10
"Kochanie, nie!" (Honey Don't!), reż. Ethan Coen, USA, Wielka Brytania 2025, film dostępny na platformach streamingowych.











!["Ekipa zwierzaków" [trailer]](https://i.iplsc.com/000MNYGRAVLBT8NK-C401.webp)