Trema przedślubna to ostatnio wyjątkowo chodliwy temat wśród twórców. Od "Zabawy w pochowanego" (2019) i jej kontynuacji (która trafia do polskich kin dokładnie tego samego dnia co "Drama" - 10 kwietnia), przez serial Netfliksa "Tu zdarzy się coś strasznego", aż po najnowszy film Kristoffera Borgliego. Każda z tych produkcji opowiada zupełnie inną historię - zarówno fabularnie, jak i gatunkowo - a po obejrzeniu wszystkich trudno mówić o wtórności. Wygląda na to, że to motyw, który wciąż ma spory potencjał i jeszcze przez jakiś czas się nie wyczerpie.
"Drama" to czwarty pełnometrażowy film fabularny Borgliego. Zaczął od awangardowej produkcji "DRIB" (2017) z Brettem Gelmanem w roli głównej. W "Chorej na siebie" (2022) Norweg opowiedział o bohaterce, próbującej wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę, nawet kosztem własnego zdrowia. Z kolei w "Dream Scenario" (2023) - produkcji bardziej "hollywoodzkiej", choć nadal wyraźnie autorskiej - Nicolas Cage wcielił się w przeciętnego profesora, który nagle zaczyna pojawiać się w snach milionów ludzi.
Jedno jest pewne: Borgli ma bardzo specyficzne poczucie humoru i konsekwentnie je realizuje w swoich filmach. W "Dramie", czyli jak dotąd jego największym i najgłośniejszym projekcie, ta wrażliwość wybrzmiewa najmocniej - balansując gdzieś między absurdem, dyskomfortem i trafną obserwacją relacji międzyludzkich.
"Drama": czy zakochani powiedzą sobie "tak"?
"Drama" opowiada o parze narzeczonych, których idealne życie zaczyna się rozpadać tuż przed ślubem, gdy na jaw wychodzi szokująca prawda z przeszłości jednego z nich. To, co miało być romantycznym tygodniem ślubnym, szybko zamienia się w serię napięć, konfliktów i emocjonalnych konfrontacji.

I na tym najlepiej zakończyć wątek fabularny. Im mniej wie się przed seansem, tym większa szansa, że środkowy twist wybrzmi z pełną siłą. "Drama" to historia, która bardzo świadomie gra z oczekiwaniami widza - zwiastun sugeruje jedno, film skręca w zupełnie innym kierunku. Również w trakcie seansu momentami trudno odróżnić, co jest rzeczywistością, a co projekcją lub wyobrażeniem bohaterów. Zamiast przedślubnej sielanki dostajemy tydzień pełen lęków, napięć, tajemnic i niedopowiedzeń. Między bohaterami wyraźnie wrze, a nad ich relacją od początku unosi się pytanie, czy w ogóle dojdzie do tego najważniejszego "tak".
"Drama": wybuchy śmiechu przeplatają się z uczuciem dyskomfortu
W rolach głównych występują Zendaya jako Emma oraz Robert Pattinson jako Charlie. Partnerują im m.in. Alana Haim i Mamoudou Athie jako najlepsi przyjaciele pary oraz Hailey Gates w roli asystentki Charliego.
Zendaya i Robert Pattinson wypadają tu fenomenalnie jako bohaterowie po trzydziestce, w których aż buzują wątpliwości dotyczące relacji. Na pierwszy rzut oka są siebie pewni, ale wystarczy jeden element z przeszłości, by ta pewność zaczęła się sypać. Zendaya, po serii intensywnych emocjonalnie ról ("Euforia" czy "Diuna") tym razem gra z wyraźną lekkością. Pattinson z kolei dostał szansę, by wybrzmieć w swoim naturalnym, brytyjskim akcencie, co samo w sobie jest ciekawą odmianą, biorąc pod uwagę, jak często obsadzany jest jako Amerykanin. Zaczynał przecież od legendarnego już "Zmierzchu", a w ostatnich latach dał popis jako Batman. Jego Charlie w "Dramie" jest pozbawiony chłodnej kalkulacji - sprawia wrażenie postaci bardzo "tu i teraz". Można odnieść wrażenie, że gdzieś na poziomie drobnych gestów czy reakcji przemyka coś bardzo osobistego, jakby Pattinson przemycał do tej roli kawałek siebie. A mimo to bohater ani przez chwilę nie traci wiarygodności - pozostaje pełnokrwistą, złożoną postacią.

Choć sama historia wydaje się dość nieprawdopodobna, samo przesłanie związane z niepewnością w związku jest bardzo aktualne. "Drama" to kino niepokoju podszyte czarnym humorem. Kristoffer Borgli z tremy przedślubnej robi farsę. Nie wszystkie żarty trafiają - część z nich wraca zbyt często i zaczyna nużyć - ale reżyser przez większość czasu utrzymuje bardzo dobre tempo.
To film, który jednocześnie trzyma w napięciu i wywołuje dyskomfort. Widzowie dostają szansę, by podglądać coś, czego oglądać nie wypada - cudze, bardzo prywatne rozmowy i emocje. Sceny, które w normalnych okolicznościach nigdy nie powinny wybrzmieć publicznie, tutaj zostają bez skrępowania wystawione na widok. Borgli zdaje się mówić: właśnie to jest najciekawsze. Szczególnie dobrze działa scena kolacji z przyjaciółmi - świetnie napisana i precyzyjnie rozegrana reżysersko. Trudno nie mieć przy niej skojarzeń z "Dobrze kłamie się w miłym towarzystwie", gdzie niewinne spotkanie szybko przeradza się w emocjonalny rollercoaster, obnażający prawdę o bohaterach. Tutaj efekt jest podobny - napięcie rośnie z minuty na minutę, a maski zaczynają opadać szybciej, niż ktokolwiek by chciał.
Kolejnym elementem, który sprawia, że "Drama" działa na widzów tak, jak powinna, jest warstwa wizualna. Borgli stawia na realizm - wnętrza mieszkania Emmy i Charliego (scenografia autorstwa Kanadyjki o polskich korzeniach - Zosi Mackenzie) są zwyczajne, wręcz znajome, pozbawione filmowego "upiększania". Podobnie z kostiumami: to nie są stylizacje, które mają robić wrażenie, tylko ubrania, które równie dobrze moglibyśmy znaleźć we własnej szafie. Dzięki temu całość nabiera autentyczności. Oglądamy świat, który wydaje się bardzo bliski nam. Może właśnie dlatego emocje bohaterów wybrzmiewają mocniej, bo łatwo uwierzyć, że taka historia mogłaby wydarzyć się gdzieś obok nas.
"Drama" to film, który nie próbuje widza pocieszyć ani dać mu łatwych odpowiedzi. Zamiast tego zostawia go z dyskomfortem, pytaniami i lekkim niepokojem. Kristoffer Borgli konsekwentnie realizuje swoją wizję kina niewygodnego, momentami prowokacyjnego, ale przy tym zaskakująco trafnego w obserwacjach relacji międzyludzkich.
8/10
"Drama", reż. Kristoffer Borgli, USA. Data premiery w Polsce: 10 kwietnia 2026 r.












