Pieniądze szczęścia nie dają… - głosi znana maksyma. Powtarzana głównie jako pocieszenie przez tych, którzy ich nie mają. Wymarzonego jachtu, rezydencji i prestiżu, ani nawet studiów na dobrej uczelni czy zwykłych wakacji nad morzem (może na Malediwach?), nie da się mieć za uśmiech i dobre intencje. Brak pieniędzy może boleć zwłaszcza wtedy, kiedy wiadomo, że one się po prostu należą, są na wyciągnięcie ręki, jeden podpis w książeczce czekowej. Na własnej skórze przekonuje się o tym Becket Redfellow.
"Przepis na morderstwo": Mezalians wart miliardy
Surowy dziadek Becketa - Whitelaw Redfellow (Ed Harris) postanawia wydziedziczyć własną córkę Mary (Nell Williams). Wszystko z powodu miłosnego mezaliansu. Dziewczyna zakochuje się w chłopaku spoza sfer, zwykłym, biednym artyście, odmawia usunięcia ciąży i musi życie wśród blichtru zamienić na ciężką pracę. Potem przychodzi jeszcze śmiertelna choroba. Zanim z tego padołu cierpienia Mary odchodzi, przekazuje synowi Becketowi (Glen Powell, znany m.in. z "Twisters") kluczową informację. Na decyzji Whitelawa sprawa spadku klanu Redfellow się nie kończy. Jeżeli siedmioro starszych od chłopaka krewnych umrze, fortuna trafi w jego ręce. Tylko co zrobić z tymi wujkami, ciociami, kuzynami i podłym dziadkiem?
Becket, nie bez pewnego rodzaju podpowiedzi uroczej Julii, znajduje rozwiązanie. Krwawe, ale cóż, sytuacja tego wymaga. Miliardy dolarów prawem krwi przynależą się właśnie jemu. Czy zmieni zdanie pod wpływem niespodziewanej miłości do osoby, której na majątku w ogóle nie zależy?

Klasyczne korzenie
Motyw eliminacji tych, którzy stoją na przeszkodzie do zdobycia majątku (lub realizacji innego celu), nie jest w kulturze nowy. John Patton Ford, reżyser i scenarzysta "Przepisu na morderstwo", intrygę czerpie bezpośrednio z klasyka "Szlachectwo zobowiązuje" Roberta Hamera. Bywa, że w rozmowach filmowiec używa nawet sformułowania "współczesny remake, przeniesiony do USA".
Temat jest jeszcze starszy, bowiem brytyjska komedia z 1949 roku sama zainspirowana była książką Roya Hornimana "Israel Rank: The Autobiography of a Criminal" z 1907 roku, a ta z kolei odwoływała się do wcześniej publikowanych w prasie opowiadań.
Te filmowo-kulturowe tropy nie mają jednak większego znaczenia - "Przepis na morderstwo" funkcjonuje jako samodzielna produkcja z własnymi pomysłami.
"Sukcesja" i "Dexter" w jednym?
Intryga daje potencjał na zderzenie "Sukcesji" z "Dexterem". Film Forda nie posiada jednak bezczelności serialu Jesse'go Armstronga ani zawadiackości produkcji z Michaelem C. Hallem w głównej roli, nie mówiąc o drapieżności i dystansie obu tych hitów. Wypada przy nich blado i bardzo nieśmiało.
To, czym "Przepis na morderstwo" może zdobyć widzów, jest wdzięk Glena Powella. Aktor łatwo budzi sympatię, ma w sobie rodzaj elegancji. Reżyser przekonuje, że również coś z gwiazd dawnego kina, tu miałabym pewne obiekcje. Cary Grant to nie jest, niemniej razem z Powellem i jego uśmiechem można szybko przejść do porządku dziennego nad moralnie i etycznie haniebną ścieżką, którą wybiera jego bohater.
Mrok jest w filmie raczej mocno umowny. Scenariusz pozwala Becketowi eliminować naprawdę irytujące jednostki. Miliarderzy przedstawieni są w sposób zdawkowy i stereotypowy, a że ci prawdziwi, rządzący światem, mocno temu światu szkodzą, zadać można pytanie, czy przez przypadek skromna komedia nie staje się manifestem czegoś większego? To chyba jednak nie te ambicje, a na pewno nie treść.
Ostatecznie "Przepis na morderstwo" okazuje się seansem bardzo bezpiecznym i przewidywalnym. Tam, gdzie mógł ukłuć satyrą na bogactwo, różnice klasowe i dziedziczenie przywilejów, chciwość, wybiera znane schematy. Tam, gdzie mógł wprowadzić więcej wigoru, mocniejszy humor, wszystko łagodzi. To film, przy którym można się zrelaksować, owszem. Czasem nawet uśmiechnąć. A chwilę po napisach końcowych o nim zapomnieć.
5,5/10
"Przepis na morderstwo" (How to Make a Killing), reż. John Patton Ford, USA 2026, dystrybutor: Kino Świat, polska premiera kinowa: 10 kwietnia 2026 roku.










