"Jeszcze dzień życia" [recenzja]: Etyka zawodowa

"Witaj na swoim grobie" - mówi generał Farrusco do Ricarda. Ten pierwszy to Portugalczyk, zawodowy komandos wysłany do Afryki, który przechodzi na stronę Ludowego Ruchu Wyzwolenia Angoli (MPLA), gdy dowódcy rozkazują mu strzelać do 12-letnich chłopców. Ricardo to oczywiście Ryszard Kapuściński. To właśnie jego prozę "Jeszcze dzień życia" wzięło na warsztat dwóch reżyserów: związany z polskim studiem Platige Image Damian Nenow i Hiszpan Raúl de la Fuente.

Kadr z filmu "Jeszcze dzień życia"

W 1975 roku skończyła się wojna w Wietnamie, ale sytuacja na świecie wciąż jest niespokojna. Była portugalska kolonia Angola stoi u progu niepodległości, która ma zostać ogłoszona 11 listopada. Jednak kraj ogarnia "confusao", stan anarchii i chaosu wynikający z braku porozumienia pomiędzy siłami republiki ludowej a ruchami partyzanckimi wspieranymi przez USA i RPA. Wybucha wojna domowa. Ryszard Kapuściński przebywa w stolicy kraju Luandzie, wie jednak, że jeśli chce być świadkiem tworzącej się tu historii, musi dostać się na front południowy.

Podróż do jądra ciemności z początku wygląda jak wielka przygoda. Brawurowa narracja zbliżona jest do tej, którą znamy z amerykańskiego kina gangsterskiego, a polski reporter przypomina balansującego na granicy prawa przystojnego self-made mana bez instynktu samozachowawczego. Szybko jednak atmosfera zmienia się w tę znaną raczej z "Czasu Apokalipsy", z tą różnicą, że zamiast "Satisfaction" The Rolling Stones z radia płyną dźwięki piosenki z antyimperialistycznym tekstem, a w powietrzu wisi romantyczny duch rewolucji i wyzwolenia Afryki.

Reklama

Znany z niezwykłego uroku osobistego Ryszard Kapuściński szybko zdobywa zaufanie żołnierzy MPLA, dostaje więc niepowtarzalną dla reportera szansę na poznanie wielkich bohaterów toczącej się wojny: feministycznej twarzy Angoli Carloty i wspomnianego już generała Farrusco. Dzięki tej znajomości świat usłyszy ich historię, szczególnie że Kapuściński stopniowo zaczyna wykraczać poza rolę niezaangażowanego obserwatora wydarzeń. W końcu padają trudne pytania o rolę dziennikarza na wojnie. Czy reporter z bronią to już bojownik? Czy powinien ujawniać informacje, mając świadomość, że może nieodwracalnie zmienić bieg wydarzeń? Gdzie przebiega granica między fikcją a reportażem i czy wolno te gatunki mieszać?

Ciekawym zabiegiem było pokazanie historii przy pomocy stylizowanej animacji połączonej ze wstawkami dokumentalnymi. Książka Kapuścińskiego to gonzo balansujące na krawędzi faktu i fikcji. Dlatego twórcy zdecydowali się podkreślić literackość tekstu częścią rysunkową, a jego reportażowy charakter uwiarygodnić starymi fotografiami i fragmentami wywiadów ze świadkami tamtych wydarzeń. Wyszłoby ciekawie i oryginalnie, jednak zastrzeżenia budzi sama animacja, która niepokojąco przypomina o romansie studia Platige Image ze światem gier komputerowych. Największy estetyczny zgrzyt wywołują sceny oniryczne, mające podkreślać poetyckość tekstu. W dodatku twórcy filmu "Jeszcze dzień życia" nawet nie próbują uciekać od porównań z wybitnym "Walcem z Baszirem". Trudno nie dostrzec inspiracji, a nawet stylizacji na animację Ariego Folmana.

Narrację jednak udaje się poprowadzić umiejętnie i z rozmachem dorównującym hollywoodzkim produkcjom. Cieszy fakt, że pomimo wyraźnej fascynacji sylwetką znanego reportera, twórcy mają świadomość kontrowersji z nim związanych. Dzięki połączeniu wstawek dokumentalnych z animacją wyraźnie stawiają granicę pomiędzy prawdą a światem kreowanym przez bogatą wyobraźnię Kapuścińskiego.

8/10

"Jeszcze dzień życia" [Another Day of Life], reż. Damian Nenow , Raúl de la Fuente, Węgry, Polska, Niemcy, Hiszpania, Belgia 2018, dystrybutor: Next Film, premiera kinowa 2 listopada 2018 roku.

Dowiedz się więcej na temat: Jeszcze dzień życia

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje