Nie należę do wyznawców franczyzy "Gwiezdnych wojen". Jasne, oryginalna trylogia (1977-1983) była bardzo ważna w czasie, gdy pochłaniałem popkulturę na kasetach VHS. Kto jej wówczas nie kochał, poza wyznawcami "Star Treka"? Polubiłem też drugą trylogię (1999-2005) George'a Lucasa i nawet nie toczyłem z nikim bojów o to, czy Jar Jar Binks jest obciachowy, czy nie. Również w najnowszych historiach (2015-2019), najbardziej kontrowersyjnych, nie znalazłem niczego, by angażować w spór moje emocje.
Dlaczego? Odpowiedź kryje się w scenie ze "Sprzedawców 2" Kevina Smitha, w której bohaterowie kłócą się o to, która trylogia jest ważniejsza: "Gwiezdne wojny" czy "Władca pierścieni"? Dla mnie żadna z nich. Jedyną świętą trylogią jest dla mnie "Ojciec chrzestny". O familię Corleone mogę kłócić się godzinami. O familię Skylwalkerów najwyżej tyle, ile wynosi przyspieszenie Sokoła Millennium.
"Mandalorian i Grogu": czuję lekkie rozczarowanie
Bez większych emocji i oczekiwań oglądam kolejne seriale i filmy z uniwersum "Star Wars", które przeszły w ręce wyjątkowo mocno nastawionej na komercję korporacji z uszami Myszki Mickey. A jednak w przypadku filmu "Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu" czuję lekkie rozczarowanie, bo z całej serii spin-offów, prequeli i sequeli "Star Wars", to właśnie przygody Mandaloriana - łowcy nagród z czasów Nowej Republiki, najbardziej mnie emocjonowały.
Trzy sezony "Mandaloriana" i "Księgi Boby Fetta" nie tylko świetnie oddają łotrzykowski wymiar eklektycznej gatunkowo sagi Georga Lucasa, ale mają też autorski sznyt zarówno Jona Favreau, który przecież wyreżyserował dwa świetne "Iron Many", ale przede wszystkim Roberta Rodrigueza ("Sin City", "Desperado"), będącego showrunnerem i reżyserem najważniejszych epizodów gwiezdnego westernu o Boba Fettcie.
"Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu" miało być czymś ekstra
Problemem filmu "Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu" jest nie sama konstrukcja, ale to, co obiecuje. Jeżeli Disney zdecydował się, by pierwszym od siedmiu lat kinowym filmem z logo "Star Wars" była opowieść o podróżach Mandolarianina Din Djarina (Pedro Pascal) i uroczego Grogu, znanego szerzej jako Baby Yoda, to można było oczekiwać, że dostaniemy coś ekstra. Coś, co nie będzie dwuipółgodzinnym zlepkiem dwóch epizodów serialu, który moglibyśmy sobie spokojnie obejrzeć w domu na Disney+.
Nie oczekiwałem, że ten film wyciągnie z mitologii "Gwiezdnych wojen" to, co najlepsze. Nie tym jest historia pobocznych w "Star Wars" postaci łowców nagród. Siła opowieści o Mandalorianie brała się z tego, że jej twórcy chcieli nam dać czystą rozrywkę z nutą nostalgii (Boba Fett pojawia się przecież w "Imperium kontratakuje" i "Powrocie Jedi"). To nie mitologia rodu Skylwalkerów oraz walka Ciemnej z Jasną Stroną Mocy miały być siłą napędową tej odnogi sagi. Jego siłą jest zanurzona w kino gatunkowe prosta rozrywka.
Lucas, tworząc "Gwiezdne wojny", inspirował się m.in. kinem samurajskim oraz westernami, co Favreau i Rodriguez doskonale wyczuli. "Mandalorian" i "Księgi Boba Fetty" otwarcie czerpią ze spaghetti westernów Sergio Leone z archetypicznym milczącym kowbojem bez imienia o twarzy Clinta Eastwooda w centrum. Kinomani znajdą w nich też odniesienia do takiej gatunkowej klasyki amerykańskiej telewizji, jak serial "Kung Fu" z Davidem Carradinem oraz oczywiście "Straży przybocznej" Akira Kurosawy, którą zresztą kopiował Leone.

W kinowym filmie jest wszystko, czego fan serialu oczekiwał
Gwiezdne pościgi, mordobicie, pustynia (jak to w westernach!) i meta humor. Ba, widzimy nawet na ekranie Sigourney Weaver, ikoniczną heroinę z innej klasyki, czyli "Obcego". Jest w końcu Moc rodząca się w dziecku Yodzie i jest też legendarny filmowiec, będący przyjacielem Joe Pesciego, którego na rozdaniu Złotych Globów Ricki Gervais nazwał (ze względu na wzrost) właśnie Baby Yodą. Chodzi oczywiście o Martina Scorsese, którego głosem przemawia Ardennianin o imieniu Hugo.
Cóż, Scorsese niegdyś wsławił się krytyką serii "Avengers", którą nazwał "parkami rozrywki". Twórca należał jednak do grupy przyjaciół George'a Lucasa, który oglądał pierwsze wersje jego filmu z 1977 roku i zawsze ciepło o "Gwiezdnych wojnach" się wypowiadał. Jak widać, pozostał wierny gwiezdnej sadze. Ja też pozostanę wiernym sympatykiem postaci Mandaloriana (w końcu "taki jest obyczaj"), ale jednak wolałbym nie musieć biegać do kina na film, który nie jest niczym innym, jak specjalnym odcinkiem serialu. Możecie więc spokojnie poczekać sobie na seans na Disney+, które jest idealnym miejscem dla Grogu i kowbojów w blaszanych kostiumach.
6/10
"Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu" (The Mandalorian & Grogu), reż. Jon Favreau, USDA 2026, dystrybucja: Disney, polska premiera kinowa: 22 maja 2026 roku.












