Reklama

Reklama

"Czarna Pantera" [recenzja]: Na cześć uciśnionych

Zawsze, gdy wydaje się, że wytwórni Marvel kończą się pomysły na kolejne historie, zaskakuje ona czymś zupełnie nowym. Tak jak po "Thorze: Mrocznym świecie" pojawili się "Strażnicy galaktyki", tak po (nomen omen) "Thorze: Ragnaroku" na ekrany trafia "Czarna Pantera". Film Ryana Cooglera to jedna z największych niespodzianek w historii studia - taktowny hołd poświęcony czarnoskórej społeczności, dotąd skutecznie pomijanej w kinie superbohaterskim, a jednocześnie świetne kino rozrywkowe, które spodoba się dotychczasowym fanom.

Zawsze, gdy wydaje się, że wytwórni Marvel kończą się pomysły na kolejne historie, zaskakuje ona czymś zupełnie nowym. Tak jak po "Thorze: Mrocznym świecie" pojawili się "Strażnicy galaktyki", tak po (nomen omen) "Thorze: Ragnaroku" na ekrany trafia "Czarna Pantera". Film Ryana Cooglera to jedna z największych niespodzianek w historii studia - taktowny hołd poświęcony czarnoskórej społeczności, dotąd skutecznie pomijanej w kinie superbohaterskim, a jednocześnie świetne kino rozrywkowe, które spodoba się dotychczasowym fanom.
Kadr z filmu "Czarna Pantera" /materiały prasowe

By sprawa była jasna: nie mamy tu do czynienia z ideałem. "Czarna Pantera" ma swoje słabości, co wynika już z samej konwencji filmu. Dzieło Cooglera jest klasycznym przedstawicielem "origin stories", których głównym celem jest zapoznanie widowni z nowym członkiem superbohaterskiej ekipy. W związku z tym konstrukcja jest bardzo prosta: mamy bohatera po inicjacji, mamy śmiertelnego wroga, mamy walkę między nimi w imię świata. "Czarna Pantera" nie próbuje być pod tym względem tworem wyjątkowym. Ale stylistyczna spójność, plejada ciekawych bohaterów i masa widowiskowych scen już z niej wyjątek robią.

Reklama

Po śmierci ojca (zaprezentowanej w "Kapitanie Ameryce: Wojnie bohaterów"), książę T’Challa (Chadwick Boseman) przejmuje tytuł króla Wakandy - małego państwa ukrytego przed oczami śmiertelników wśród afrykańskich stepów. Wraz z koroną na jego barki spada ciężar ochrony pięciu zamieszkujących Wakandę plemion. Pomóc w tym ma boska moc Czarnej Pantery - przekazywana kolejnym władcom podczas koronacji wraz ze stworzonym z potężnego vibranium kostiumem.

W tym samym momencie przypomina o sobie łotr Ulysses Klaue (Andy Serkis), który w duecie z tajemniczym Erikiem Killmongerem (Michael B. Jordan) czai się na drogocenne zasoby Wakandy. By go wytropić, T’Challa zbiera ekipę przyjaciół złożoną z siostry Shuri (Letitia Wright), byłej dziewczyny Nakii (Lupita Nyong’o) i agenta CIA Rossa (Martin Freeman)... To jednak nie jedyni przedstawiciele afrykańskiego uniwersum. U boku superbohatera staje po drodze jeszcze cała plejada fascynujących postaci: od wojowniczej agentki Okoye (Danai Gurira), przez zrównoważonego tradycjonalistę Zuriego (Forrest Whitaker), aż po agresywnego przywódcę M’Baku (Winston Duke).

"Czarna Pantera" to prawdopodobnie najlepszy film Marvela, jeśli idzie o kreację bohaterów. Ich osobowości są wyraziste, motywacje przejrzyste, a przemiany uzasadnione. Ponadto po raz pierwszy tak ogromną rolę odgrywają silne postaci kobiece - swoje momenty mają zarówno genialna młoda naukowiec - Shuri, obdarzona dobrym sercem Nakia, jak i odważna Okoye. Co równie ważne, "Czarna Pantera" może się pochwalić najlepszym arcywrogiem w kinie superbohaterskim chyba od czasu batmanowskiego Jokera - i mowa tu nie o granym przez Serkisa Klaue, lecz o kreowanym przez Jordana Killmongerze. Ba! Jest to postać tak wiarygodna, że nieraz można się złapać na tym, iż to właśnie jego racje rozumie się najlepiej, a jemu samemu zaczyna kibicować...

Dzięki temu zestawowi postaci z interesującym antagonistą i protagonistą na czele, tak klarownie i mocno wybrzmiewa przesłanie "Czarnej Pantery". Nowe dzieło twórcy "Creed: Narodziny legendy" jest, o dziwo, istotną wypowiedzią na temat wolności, równości i tradycji. Kontekst kulturowy, w którym osadzony jest film, odgrywa tu niebanalną rolę. Od początku widać, że twórcy mają świadomość delikatności podejmowanych kwestii i o rasizmie opowiadają bez manipulacji, w znacznie dojrzalszy sposób, niż można by się spodziewać po amerykańskim blockbusterze. Fenomenalnie sprawdza się również "afrykańskie" tło - czy to na poziomie scen związanych z rytuałami, czy gdy oceniamy dbałość o detale kostiumów.

Wraz z dopracowaną stroną wizualną i rewelacyjną ścieżką dźwiękową (połączenie rapu i regionalnych instrumentów), z "Czarnej Pantery" wyłania się przemyślany obraz świata: pełen kolorów, różnic, trochę na granicy snu i jawy. Wakanda w oczach Cooglera to raj, o którym w rzeczywistości czarnoskórzy mogą jedynie marzyć i ten ton jest obecny w całym filmie. W kwestii narracji mamy natomiast do czynienia z klasycznie poprowadzonym thrillerem z elementami efekciarskiej przygodówki. Jest intryga, której rozwiązanie może okazać się szokiem, jest sekwencja szpiegowska jak z rasowego filmu detektywistycznego, jest i parodia słynnych scen "prezentacji gadżetów" prosto z Bonda.

Oczywiście, wciąż nie brak tu "marvelizmów" w stylu wymuszonych żartów czy sztucznej ekspozycji postaci. Na sensem istnienia niektórych sekwencji nie warto się zastanawiać, tak samo jak nad logiką działań pojedynczych bohaterów. W uszy kłują czasem dialogi, a część wydarzeń rozgrywa się tylko po to, by sprowokować kolejne konflikty. Na te ułomności można jednak spojrzeć łaskawym okiem, bo "Czarnej Panterze" udaje się inna, ważniejsza rzecz - to film, który prawdziwie porusza. A umówmy się: jeśli dokonuje tego widowisko o superbohaterach, można dla niego znieść nawet nachalny product placement.

7,5/10

 "Czarna Pantera" (Black Panther), reż. Ryan Coogler, USA 2018, dystrybutor: Disney, premiera kinowa: 14 lutego 2018 roku.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Czarna Pantera

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL