"Climax" [recenzja]: Bad trip na kwasie

Fotos z filmu "Climax" /Wild Bunch /materiały dystrybutora

Gaspar Noé, pomimo niewątpliwego talentu, nie jest chętnie wyróżnianym reżyserem, a jednak w tym roku doceniono go w Cannes, przyznając nagrodę Art Cinema w bocznej sekcji festiwalu - Quinzaine des Realisateurs.

Reklama

Jego najnowszy film "Climax" zebrał również pochlebne recenzje krytyków. Tego reżyser zupełnie się nie spodziewał, w końcu już treścią samego plakatu zapewniał, że obraz nie przypadnie nam do gustu. Jednocześnie muszę uczciwie dodać, że podczas seansu na festiwalu Nowe Horyzonty, na którym "Climax" miał swoją polską premierę, z seansu wyszło kilkanaście osób, a część widzów wydawała z siebie dźwięki, jakby miała już serdecznie dość tego, co widzi na ekranie.

Akcja filmu rozgrywa się w połowie lat 90. Bohaterów poznajemy za sprawą wywiadów odtworzonych na starym telewizorze. Wszyscy są tancerzami, opowiadają, jakie łączą ich relacje, o czym marzą, czego doświadczyli, a czego wolą unikać. Obok telewizora leżą kasety VHS, wśród nich tytuły uznane swego czasu za skandaliczne: "Salo, czyli 120 dni Sodomy" Piera Paola Pasoliniego i "Opętanie" Andrzeja Żuławskiego. Zapowiada się ciekawie. 

Reklama

Ostatnia próba i kończą się parodniowe warsztaty taneczne w opuszczonej szkole z internatem. Pora uczcić świetnie wykonaną pracę sangrią i paluszkami. Zaczyna się impreza. Genialne popisy taneczne nie ustają, do nich jednak dochodzą dialogi bohaterów, kręcone na wzór telewizyjnego reality-show. Poznajemy ich jeszcze bliżej, relacje między nimi okazują się pulsować w rytm muzyki i pożądania. Atmosferę rozpala erotyzm wijących się w tańcu ciał i nieskrępowanych rozmów. Teraz dowiemy się, kim naprawdę są i co ich łączy, a także... kto na swój temat skłamał.

Tytułowy climax (ang. punkt kulminacyjny, orgazm) wchodzi nieoczekiwanie wraz z alkoholem, a właściwie z LSD dodanym przez kogoś do sangrii. Zaskoczeni tancerze zaczynają czuć się dziwnie. Niektórzy poddają się narkotycznemu transowi, inni wpadają w panikę, by przeżyć największy w życiu koszmar i krokiem dance macabre schodzić w kolejne kręgi piekła. 

W filmie zagrali profesjonalni tancerze, a sporą część obrazu zajmują ich improwizowane popisy. Choreografia hipnotyzuje, ciała przybierają groteskowe figury, są zarazem rozerotyzowane i chorobliwie poskręcane, piękne i brzydkie. Te szaleńcze ruchy budują grozę filmu, a raczej długiego teledysku kręconego przez szaleńca. Będziemy mieli okazję przypomnieć sobie mocne elektro lat 90., posłuchać muzyki Daft Punk i Aphex Twin. Ponadto Gaspar Noé znów bawi się montażem. Scenę z napisami końcowymi zobaczymy na samym początku, ale kolejne pojawią się już w tradycyjnej chronologii. Wraz z tancerzami piruety wykonuje kamera, a ostatnie kadry pokazane zostają do góry nogami. Dystrybutor powinien ostrzegać: "Uwaga, seans grozi atakiem epilepsji".

Nowe dzieło Gaspara Noégo łączy w sobie sprzeczności: staromodną atmosferę grozy z nowoczesnym kunsztem, uczucie przerażenia ze śmiechem, chęć odwrócenia wzroku z niemożnością oderwania go od widoku ciał poskręcanych w ekstatycznych pozach. Część widzów dozna uczucia klaustrofobii, wirująca kamera przyprawi o mdłości, krzyki przerażenia wcisną w fotel, a sugestywność obrazu wywoła poczucie narkotycznego odurzenia. Jeśli muzyką da się upoić, to nowym filmem Gaspara Noégo zdecydowanie można się naćpać. "Climax" na pewno nie należy do obrazów, które ogląda się wygodnie, ale z czystym sumieniem mogę uznać go za najlepsze dzieło francusko-argentyńskiego reżysera. 

9/10

"Climax", reż. Gaspar Noé, Francja 2018, dystrybutor: Gutek Film, premiera kinowa: 9 listopada 2018

Dowiedz się więcej na temat: Climax

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje