"Pszczelarz" i "Samotnik" są pozytywnymi przykładami z ostatnich dokonań Stathama. Pierwszy świadomie operował absurdem fabuły, a kolejne zwroty akcji podbijały wartość rozrywkową. Drugi był utrzymany w o wiele poważniejszym tonie, ale przedstawiał nawet angażującą relację nastolatki i ochraniającego ją mężczyzny. Oczywiście Brytyjczykowi zdarzały się też potknięcia. Wystarczy wspomnieć nieszczęsnego "Fachowca", który przywodził na myśl najbardziej łzawe i napuszone dokonania Sylvestra Stallone'a. Nie powinno to dziwić, bo odtwórca Johna Rambo odpowiadał za fabułę przytoczonej produkcji.
Jason Statham znów w roli nieuśmiechającego się zabijaki
Niestety, "Buntownika" także należy zaliczyć do niewypałów. Statham wciela się tutaj w wypracowany model postaci - dawnego żołnierza i policjanta, teraz pracującego jako osobisty ochroniarz szefa wielomilionowej korporacji, który z kamienną twarzą spacyfikuje każde zagrożenie. Gdy grany przez niego Cole Reed przypiera swojego szefa do muru podczas gry w szachy, ten pyta się, co ma teraz zrobić. "Poddać się" - odpowiada bohater. Rada sprawdza się także w bezpośrednim pojedynku z Reedem (i innymi postaciami wykreowanymi przez Brytyjczyka). W razie kontaktu lepiej od razu uznać swoją przegraną. Może to oszczędzić ogromnego bólu, a nawet uratować życie. Nie wiedzą o tym jednak zamachowcy, którzy zabijają milionera. Ochroniarz postanawia go pomścić i trafia na kontenerowiec, na którym legalny biznes jest przykrywką dla handlu ludźmi.
Na pokładzie jest ponad dwudziestu zdeprawowanych zabijaków po służbie wojskowej. Cole może liczyć tylko na pomoc Angie (Annabelle Wallis), która dostała pechowy przydział w załodze i do czasu była nieświadoma nielegalnego procederu. Wynik tej potyczki jest łatwy do przewidzenia. Liczy się więc sposób, w jaki dojdziemy do finału: jak Cole będzie manewrował w ograniczonej przestrzeni i eliminował kolejnych antagonistów, a jednocześnie starał się nie dopuścić do krzywdy niewinnych.

Brak jakiejkolwiek inwencji w fabule i realizacji
Pomysł, który rzekomo wyszedł od niezrealizowanego sequela "Przerwanego lotu" z Gerardem Butlerem, miał potencjał na prosty i przyjemny akcyjniak. Niestety, twórcy nie potrafili w ciekawy sposób wykorzystać przestrzeni statku i ciasnych labiryntów między kontenerami. Cole niby pełza po wentylacji i kryje się, zwisając z burty, ale gdy musi wrócić na mostek, czyni to bez większych problemów. Brakuje tutaj jakiegokolwiek poczucia zagrożenia. Mówimy o facecie, który co prawda jest jednoosobowym oddziałem specjalnym, ale utknął też na środku wielkiej wody i jest zdany wyłącznie na siebie. Także ze strony antagonistów trudno odczuć coś więcej ponad irytację - nawet, gdy Cole likwiduje kolejnych członków grupy. Trupy się piętrzą, a nikt nie zaczyna się przejmować, że być może w tej bajce to oni są zwierzyną a nie łowcą.
Zamiast tego scenariusz raczy nas zbędną historią i sztampowymi motywacjami postaci. Nie wypada to angażująco, a także zupełnie nie wpływa na postrzeganie bohaterów. Cole nie nabiera głębi, gdy poznajemy tragedię jego ojca. O Angie wiemy natomiast dwie rzeczy: ma córkę i służyła kiedyś w marynarce wojennej. Dziewczynkę widzimy przez chwilę na zdjęciu, a bohaterka, mimo doświadczenia na polu walki, niezbyt wspiera zabijakę granego przez Stathama w jego zmaganiach z przemytnikami. O przeciwnikach naszych bohaterów możemy powiedzieć jeszcze mniej. Przy okazji nie grzeszą oni charyzmą. Grany przez Rolanda Møllera kapitan statku wygląda cały czas na zmęczonego, jakby każda scena była dla niego nieludzkim wysiłkiem.
Wszyscy z obecnych na ekranie wyglądają zresztą, jakby znaleźli się tam za karę. Statham w żadnym razie nie jest wszechstronnym aktorem, ale wiemy, że z wyeksploatowanego przez niego do cna modelu postaci można wycisnąć nieco więcej. Udowodnił to między innymi Ritchie we wspomnianym "Jednym gniewnym człowieku". Tutaj wszyscy dają z siebie tylko niezbędne minimum. Aktorzy grają na autopilocie. Sceny walk są pozbawione kreatywności, powtarzalne i nie tak częste, jak sugerowałby gatunek. Czerstwych dowcipów nie stwierdzono, podobnie jak napięcia. Scenariusz jest pełen prostych rozwiązań. Wystarczy wspomnieć, że Cole trafia na statek, bo jeden z zabitych przez niego zamachowców jest do niego nieco podobny, a przy okazji ma też ze sobą swój paszport. Co za szczęśliwy zbieg okoliczności - nie ostatni zresztą. Zaznaczam, że nie oczekuję od kina sensacyjnego wielowątkowej fabuły i realizmu. Film powinien jednak przykryć takie "szczęśliwe przypadki" realizacją. Tutaj się to nie dzieje.

"Buntownik" to produkcja rodem z kaset VHS
Produkcje ze Stathamem potrafią pozytywnie zaskoczyć. Niestety, nie tym razem. "Buntownik" to film plasujący się między fabryczną produkcją a AI slopem. Nijaki, pozbawiony chociaż jednego ciekawego pomysłu lub sceny. Szkoda mięśni Brytyjczyka na film, który w finale wywołuje najwyżej wzruszenie ramionami. Trzydzieści lat temu "Buntownik" trafiłby od razu do wypożyczalni wideo. I zapewne zostałby na dnie kosza ze słusznie zapomnianymi akcyjniakami.
3/10
"Buntownik" (Mutiny), reż. Jean-François Richet, USA/Wielka Brytania 2026, dystrybucja: Monolith Films, premiera kinowa: 21 sierpnia 2026 roku




!["Ópi" [teaser]](https://i.iplsc.com/000NAPID2KNN9D4H-C401.webp)


!["Primetime" [trailer]](https://i.iplsc.com/000NAP4A0DU6C83T-C401.webp)


