Reklama

Bania u Cygana do rana!

Wyjazd integracyjny, reż. Przemysław Angerman, Polska 2011, dystrybutor Kino Świat International, premiera kinowa 4 listopada 2011 roku.

Niestety, kolejny raz mamy do czynienia z tym samym poziomem żenady, złego smaku i sztucznie rozdmuchanego skandalu. Nie ma sensu ponownie odwoływać się do wcześniejszych filmowych kuriozów, takich jak m.in.: "Weekend" Cezarego Pazury, "Fenomen" Tadeusza Paradowicza, "Piksele" Jacka Lusińskiego, czy kompletne nieporozumienie w postaci "Zamiany" Konrada Aksinowicza. To tylko wierzchołek góry lodowej rodzimych produkcji, które nigdy nie powinny zawitać na ekrany, ponieważ każdorazowy ich seans jest równoznaczny z poważnym uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym.

Reklama

W przypadku "Wyjazdu integracyjnego" po raz kolejny nie jestem w stanie zrozumieć, co skłoniło twórców do podjęcia pracy nad tym projektem. I bynajmniej nie chodzi o wrodzoną nienawiść do filmu komercyjnego: komedii czy też społecznej satyry. Nie neguje "jarmarczności" kinematografii, nie biję się w pierś w imieniu kina artystycznego, autorskiego, ale jeśli po raz kolejny ktoś próbuje mnie przekonać, że produkcja "tego typu filmów" to cudowny interes, to pozostaje mi jedno - zaprotestować!

Streszczenie fabuły obrazu Angermana byłoby luksusem dla dystrybutora, szczególnie że materiały prasowe ograniczają synopsis filmu do kilku zaledwie zdań: "Trzej faceci (Tomasz Kot, Tomasz Karolak, Jan Frycz) i piękna dziewczyna (Katarzyna Glinka). Ich losy połączy tytułowy wyjazd integracyjny, który kompletnie wymknie się spod kontroli...". W tej jakże skomplikowanej intrydze pojawi się gigantyczny, tandetny ośrodek wypoczynkowy: hotel Ossa; grupa peruwiańskich Indian, Norwegowie z osłem i banda pijanych hurtowników ze Zbigniewem Buczkowskim na czele. Głównym celem wyjazdu będzie promocja lodów Polish Lody, które oczywiście mają kojarzyć się jak najbardziej dwuznacznie.

W trakcie projekcji filmu Angermana, scenarzysty "Skazanego na bluesa" Kidawy-Błońskiego można odnieść wrażenie, że znów w nieudolny sposób próbujemy dogonić zachodnie wzorce. "Kac Vegas" odniósł sukces na całym świecie, zatem dosztukujmy podobną historię do polskich warunków i sukces murowany. Uparte i zarazem całkowicie naiwne przekonanie, że cała polska widownia jest w stanie obśmiewać jedynie fekalne metafory, obleśne żarciki o intymnych częściach ciała, czy też po prostu niecenzuralne słowa z rodziny tych na "k", to przede wszystkim brak szacunku do widza, ale równocześnie głęboka naiwności rodem z przedszkola.

Skąd to przekonanie wśród polskich twórców komedii wszelkiej maści, że prostactwo i infantylizm to lek na narodowe bolączki? Dlaczego żarty o "dymaniu w dupę" i "smarowaniu sanek" w rytmie "Bani u Cygana" i "Będę brał Cię w aucie" to jedyna droga do uzyskania uśmiechu na twarzy widza?

W "Wyjeździe integracyjnym" na dokładkę dostajemy też takie absurdy jak: peruwiańscy Indianie śpiewający polskie szlagiery, Jan Frycz w sukience koloru różowego, odbierający statuetkę "złotego tortu" i relacje homoseksualne, które już chyba tradycyjnie ograniczają się jedynie do: "pedalskiego zainteresowania kobiecymi fatałaszkami" i łapania za ręce, ewentualnie przytulania w scenach finałowych, kiedy wszystkie tajemnice moga wreszcie ujrzeć światło dzienne.

W przypadku filmu Angermana dziwi również obsada aktorska. Praktycznie jedna czwarta zespołu Teatru Dramatycznego w Warszawie robi z siebie błaznów, troglodytów i idiotki na ekranie. Oczywiście praca jest pracą, ale podobnie jak w przypadku ról Jakuba Gierszała i Joanny Kulig w wiekopomnym dziele "Milion dolarów" Janusza Kondratiuka i tutaj można rwać włosy z głowy, dlaczego tak wielu utalentowanych aktorów postanowiło dwoić się i troić, żeby wypaść jak najbardziej prostacko i obcesowo.

Kopanie leżącego w tym przypadku jest chyba bezcelowe. Można się znęcać, choć zawsze znajdą się np. krytycy filmowi, którzy na łamach swoich portali docenią "urodziwe piersi Kasi Glinki" i dostrzegą, że "twórcom z prostoty udało się nie popaść w prostactwo". W końcu także w pisaniu o filmie najważniejsza jest fizjologia i zbieżność fraz rozpoczynających się na tę samą literę alfabetu...

Gdyby chociaż lokacje były w jakikolwiek sposób interesujące, albo kostiumy nie ograniczały się jedynie do szalika na męskiej szyi - jako znaku bogactwa i klasy oraz tandetnych czerwonych szpilek, mających wywołać skojarzenie z kobiecą elegancją. Niestety i w tej kwestii - kompletna klapa.

Kolejny więc raz mamy do czynienia z "pseudofilmowym" obiektem, który ogłupia, nudzi i zaskakuje swoją wtórnością. "Wyjazd integracyjny" rzeczywiście wymknął się spod kontroli i niestety powstał. A głupiemu polskiemu widzowi, jak prawdopodobnie uważają twórcy filmu, już wszystko jedno, więc parafrazując jeden z dialogów z obrazu: "Niech się odmoczą, wymiękną, wynudzą, to wtedy ich dobijemy!".

0/10


Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Wyjazd integracyjny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje