Na początek zaznaczę, że w poniższym tekście będę pisał o szczegółach fabuły filmu braci Russo, w tym jego największych zwrotach fabularnych. Produkcja ma ponad siedem lat i jest drugą (a niedługo pewnie pierwszą) najlepiej zarabiającą w historii. Jeśli ktoś jej jednak nie widział i nie chciałby psuć sobie przyjemności z seansu, radziłbym wrócić do lektury po jego zakończeniu.
Przyczyny sukcesu Kinowego Uniwersum Marvela
Czwarty film o Avengers stanowił podsumowanie Kinowego Uniwersum Marvela (MCU) - cyklu adaptacji komiksów, który został zapoczątkowany w 2008 roku przez "Iron Mana" Jona Favreau. Ku zaskoczeniu wielu analityków seria okazała się ogromnym sukcesem. Stało za tym kilka czynników. Producent Kevin Feige, mózg stojący za kolejnymi filmami, zaproponował widzom atrakcyjną formułę, którą powielał w kolejnych produkcjach. Stawiał na charyzmatycznych bohaterów otoczonych barwnym drugim planem oraz wykorzystanie ikonografii kina gatunkowego. Nie bał się zarazem "komiksowości" materiału źródłowego. Bohaterowie paradowali w kolorowych kostiumach, a po przyziemnym "Iron Manie" dostaliśmy obrazy wyjęte z papierowego pierwowzoru: tęczowy most prowadzący do Asgardu, gadającego szopa z kosmosu, Hulka w przebraniu gladiatora i Ant-Mana latającego na mrówce.
Jasne, już w okolicy premiery "Końca gry" widzieliśmy, że fabuły kolejnych filmów są powtarzalne, a ich styl wizualny coraz bardziej jednolity i idący w stronę nijakiej szarzyzny. Przełomowy okazał się jednak pomysł na powiązanie wszystkich filmów w ramach MCU. Bohaterowie jednego tytułu pojawiali się gościnnie w innym, a przez kolejne produkcje przewijały się powracające wątki. Superprodukcja braci Russo była 22. częścią cyklu, a jednocześnie podsumowaniem kilku pomniejszych serii. W dodatku o rok wcześniejsza "Wojna bez granic" kończyła się niewyobrażalnym cliffhangerem - połączone siły wszystkich bohaterów przegrywały starcie z Thanosem, który osiągnął swój cel i wymazał z egzystencji połowę życia we wszechświecie. Na naszych oczach Czarna Pantera, Spider-Man i większość Strażników Galaktyki obrócili się w popiół, pozostawiając grupę ocalałych w poczuciu porażki i zagubienia. Całość została zrealizowana na tyle sprawnie, że oglądając ją pierwszy raz w wieku prawie 30 lat, czułem się jak kilkulatek w latach 90. XX wieku, czytający z wypiekami na twarzy komiksy Marvela wydawane u nas przez TM-Semic. Magia kina w całej swej okazałości.

Siła filmu znów tkwi w bohaterach
Pozwoliłem sobie na bardzo długi wstęp, by przypomnieć, jak bardzo napompowany był balonik oczekiwań przed premierą "Końca gry". W 2019 roku nie było powszechnego dziś zmęczenia MCU. To przyszło kilka lat później, gdy dostaliśmy zalew filmów i seriali na podstawie komiksów Marvela, z którym w parze przyszedł spadek jakości realizacji.
Dzieło braci Russo sprawdziłoby się znakomicie jako zamknięcie serii. Trzygodzinny spektakl to między innymi podsumowanie dróg dwóch najważniejszych herosów franczyzy - Tony'ego Starka (Iron Mana) i Steve'a Rogersa/Kapitana Ameryki (Chris Evans). Miliarder z rodziny potentatów zbrojeniowych zaczynał jako zblazowane i skupione wyłącznie na sobie cudowne dziecko kapitalizmu. Z kolejnymi filmami uczył się troszczyć o innych oraz otaczający go świat. Z kolei Rogers zawsze wybierał dobro wspólne ponad własne. Między innymi dlatego w "Kapitanie Ameryce: Pierwszym starciu" z 2011 roku starał się dostać do armii mimo fizycznych niedoskonałości, a w finale filmu bez wahania poświęcał się, by uratować jedno z amerykańskich miast. Po porażce w starciu z Thanosem obaj wracają zresztą do tych postaw. Rogersa spotykamy, gdy prowadzi grupę wsparcia, a Tony'ego w domku w środku lasu, gdzie poświęca się życiu rodzinnemu z dala od świata. Wraz z rozwojem fabuły "Końca gry" obaj zmienią swoją filozofię - Stark złoży w finałowej walce ostateczną ofiarę, a Kapitan pozwoli sobie w końcu na własne szczęście.
Należy zaznaczyć, że z głównej obsady filmu niemal każdy ma swój moment. Russo zaczynali (z sukcesami) jako twórcy seriali komediowych. Dzięki temu doświadczeniu inicjowanie żartobliwych dialogów między bohaterami wychodzi im naturalnie. W "Końcu gry" początkowo nie kłuje w oczy wyeksploatowany w późniejszych filmach Marvela zabieg polegający na nagłym rozbiciu poważnej sceny dowcipem. Russo używają humoru, by budować relacje między bohaterami. Przy ponownym seansie to wciąż działa. Do czasu.

Od Marvela dla Marvela
Po pierwszej godzinie filmu, w której bohaterowie opracowują plan ocalenia swoich towarzyszy, "Koniec gry" przestaje być klasyczną narracją. Zmienia się pokaz "największych hitów MCU", laurkę od Marvela niby dla fanów, ale w rzeczywistości dla samego Marvela. Odwiedzamy ponownie ikoniczne momenty z historii serii: bitwę o Nowy Jork z "Avengers", bijatykę w windzie z "Kapitana Ameryki: Zimowego żołnierza", beztroski taniec Star-Lorda z początku "Strażników Galaktyki". Większość z nich otrzymała komediowy zwrot - do spodziewanej konfrontacji nie dochodziło, a wesołe pląsanie po galaktyce zostało nagle przerwane niespodziewanym ciosem w twarz. Czasem bawi to mniej, czasem bardziej, ale obrazuje problem "Końca gry". Postacie przestają komunikować się ze sobą. Wszyscy zaczynają toczyć rozmowę z widzem na zasadzie: "pamiętasz to? A to? A to było fajne, pamiętasz?".
Tyczy się to także dialogów i interakcji między bohaterami. Nagle każda z nich zaczyna być nawiązaniem do wymiany zdań lub sytuacji z poprzednich filmów. W "Kapitanie Ameryce: Wojnie bohaterów" zaatakowany przez Czarną Panterę Hawkeye mówił, że nazywa się Clint, na co słyszał od władcy Wakandy szorstkie: "co mnie to obchodzi". Tutaj przy ich ponownym spotkaniu T'Challa woła go po imieniu, bo jednak "coś" go to obchodziło. Na początku "Spider-Mana: Homecoming" Iron Man nie chce przytulić Petera Parkera na pożegnanie. Od tego gestu zaczyna się ich wspólna scena w filmie z 2019 roku. I tak dalej. Reżyserzy przestają opowiadać historię. Zamiast tego do znudzenia mrugają okiem.

Momenty były?
Sceny akcji zostają także ograniczone do "momentów" w morzu komputerowej sztampy. Pobojowisko po siedzibie Avengers, obok którego rozgrywa się finałowa bitwa z siłami Thanosa, razi komputerową szarzyzną. W natłoku postaci i wyglądających identycznie kosmitów gubi się ciekawa choreografia. Intrygujących pomysłów wizualnych nie stwierdzono. Jest to szczególnie smutne, bo Russo wybijali się w tej kwestii ponad marvelową średnią w "Zimowym Żołnierzu", ich pierwszym filmie MCU. Tutaj udowadniają, że ich wizja epickiej sceny ogranicza się do dwóch krzyczących wniebogłosy armii, które biegną na siebie.
Zostajemy zalani przeciętnością być może po to, by wspomniane wcześniej "momenty" wybrzmiały jeszcze mocniej. Gdy Thor i Iron Man strzelają w Thanosa piorunami, laserami i wszystkim, co fabryka dała, trudno się tym przejąć. Jednak gdy Kapitan Ameryka podnosi Mjolnira lub wypowiada wyczekiwane hasło "Avengers... Assemble", cała sala kinowa wiwatuje. Pytanie brzmi, czy za kolejnym razem te "momenty" mogą wywołać podobne emocje?

Nowe sceny psują wydźwięk filmu
Znajomość przyszłości MCU osłabia wydźwięk finału "Końca gry". Ciężko przejąć się przekazaniem miana Kapitana Ameryki Samowi Wilsonowi, gdy wiemy, że wyszedł z tego nierealizujący swego potencjału serial i bardzo słaby film. Jeszcze trudniej wzruszyć się pożegnaniem z Tonym Starkiem, skoro wiemy, że grający go Robert Downey Jr. wrócił niedługo, tylko w innej zbroi. W końcu nie ma możliwości cieszenia się szczęśliwym zakończeniem wątku Rogersa, który nareszcie udał się na obiecany taniec z Peggy Carter... bo niszczy go jedna z dogranych scen.
W pierwszych 20 filmach Feige i wybrani przez niego twórcy potrafili budować spójne uniwersum oraz zostawiać w kolejnych produkcjach okruszki, po których trafialiśmy do większych wątków. W "Avengers: Doomsday" głównym antagonistą będzie Doktor Doom. Tyle że nie został on, w przeciwieństwie do Thanosa, niemal w ogóle zapowiedziany. Pierwotnie przeciwnikiem miał być podróżujący w czasie Kang, którego widzieliśmy w "Ant-Manie i Osie: Kwantomanii" oraz serialu "Loki". Jednak grający go Jonathan Majors został zwolniony przez Marvela po oskarżeniach ze strony byłej partnerki. Dodajmy, że postać została przyjęta bez entuzjazmu. Filmom i serialom po "Końcu gry" brakowało większego celu, który narzucała im przynależność do uniwersum. Ktoś zapowiadał mutantów i X-Men, inni mówili coś o kolizjach alternatywnych światów i niby szło to w kierunku epickiej opowieści o muliwersum, ale na horyzoncie nie majaczył nawet punkt, do którego to wszystko zmierzało. Wprowadzenie Downeya Jr. jako Dooma wydaje się kolejnym mrugnięciem do fanów. Tym razem wyjątkowo desperackim.

Co dalej z MCU?
Nowe sceny wydają się oderwane od "Końca gry", a jednocześnie nie wzbudzają entuzjazmu przed premierą "Doomsday". Nie ukrywam, że jestem sceptycznie nastawiony do zbliżającej się superprodukcji po jej kolejnych zapowiedziach. Spójrzmy na scenerię, która otacza pole walki Thora z Doomem w najnowszym zwiastunie. Gruz i pył w czerwonej poświacie, identycznie jak w "Końcu gry", tylko jeszcze sztuczniej. I właśnie to jest najsmutniejsze postscriptum do filmu z 2019 roku. Od czasu jego premiery MCU w najlepszym wypadku stoi w miejscu.
6/10
"Avengers: Koniec gry wersja rozszerzona" (Avengers: Endgame Encore), USA 2019, dystrybucja: Disney, premiera kinowa: 25 września 2026 roku







!["Godzilla Minus Zero" [trailer]](https://i.iplsc.com/000NE9HACHI2SUX3-C401.webp)


