Reklama

Reklama

Iwona Pavlović: Nadal jestem wymagająca

Najostrzejsza jurorka „Tańca...” jest od niedawna delikatną blondynką. – Zmieniłam kolor włosów, ale charakter wciąż mam ten sam – zastrzega Iwona Pavlović.

Iwona Pavlović jako "legalna blondynka"

Kiedy rozmawiałyśmy po zakończeniu poprzedniej edycji "Tańca z gwiazdami", zapowiedziała pani, że dla uczestników kolejnej będzie bardzo surowa i wymagająca.

Iwona Pavlović: - I tak jest, choć wydaje mi się, że wiele osób sugeruje się moim obecnym kolorem włosów. Myślą, że skoro jestem blondynką, to będę delikatna i łagodna. Nic bardziej błędnego. Zmieniłam się wizualnie, ale charakter nadal mam ten sam. Zresztą oceny, które przyznaję naszym gwiazdom, doskonale to pokazują.

- Chciałabym tu wyjaśnić zasady, jakimi kieruję się przy punktacji, bo dotychczas nigdy o tym nie mówiłam. Oceniając uczestników show, stosuję sposób, jak podczas zawodowych turniejów tanecznych. To jest sędziowanie poprzez porównanie stylu tańca i ogólnego wrażenia, jakie wywarły na mnie poszczególne pary. Jeśli występuje na przykład sześć par, to muszę je umiejscowić na skali od pierwszego do szóstego miejsca. W taki sam sposób sędziuję w programie. Para, która najbardziej mi się podoba, otrzymuje 10 lub 9 punktów, ta, która podoba mi się nieco mniej, dostaje ósemkę, a najsłabsza 1, 2 lub 3 punkty. To jest o tyle trudne, że w naszym show tancerze nie występują jednocześnie, nie mogę od razu porównać występów. Jednak każdą swoją ocenę potrafię uzasadnić - jeśli komuś przyznałam maksimum punktów, to nie znaczy, że złagodniałam, uznałam po prostu, że zatańczył najlepiej w tym konkretnym odcinku.

Czyli w środku nadal jest pani drapieżną "Czarną Mambą"?

- Oczywiście, choć zmiana koloru włosów sprawiła, że czuję się nieco inaczej. Bardziej kobieco i subtelnie. Jednak w dalszym ciągu jestem wymagającą profesjonalistką. Swoją drogą, gdyby na charakter człowieka można było wpływać poprzez kolor włosów, byłoby cudownie. Wielu mogłoby przejść pozytywną przemianę i świat byłby lepszy.

Reklama

Co pani sądzi o decyzji widzów, na skutek której program opuściła Mariola Bojarska-Ferenc? Część fanów "Tańca" właśnie w niej widziało jedną z faworytek do zdobycia Kryształowej Kuli.

- Przykro mi, że odpadła. Udział w show takich dojrzałych kobiet jest bardzo ważny. Mariola udowodniła, że można być atrakcyjną i aktywną dawno po 20-tce. Dlatego żałuję, że nie zobaczę jej już na parkiecie naszego programu. Ale taka była decyzja widzów i trzeba ją zaakceptować.

Jak ocenia pani taneczne umiejętności pozostałych par?

- Dotychczas każda z edycji czymś się wyróżniała. W jednej byli sami żartownisie, w innej było nerwowo, w kolejnej zawodnicy wszystko traktowali niezwykle serio. Tym razem nasze gwiazdy są bardzo zaangażowane i ogromnie się przejmują. Chcą, by wszystko było idealnie. Co więcej, wszyscy wierzą, iż naprawdę super tańczą, choć z tym akurat jest różnie.

Sprowadza ich pani na ziemię?

- Odbieram im powody do przedwczesnej dumy i pokazuję, że nim zdobędą tytuł królowej lub króla parkietu, czeka ich sporo pracy. Robię to cały czas, pamiętając, że nasz program to rozrywka, a nie bitwa na śmierć i życie.

Ma pani swoich faworytów?

- Nie. Odsuwam prywatne sympatie, bo nie chcę się niczym sugerować. Czasami puszczam oko, tak jak przy 10-tce, którą przyznałam w jednym z ostatnich programów Sławomirowi Zapale. To był żart. Nawet ja nie zawsze umiem zachować powagę. Jednak siedząc za jurorskim stołem, trzymam kciuki za nich wszystkich. Sprawdzam, jak radzą sobie w tańcu, czy całe show robi za nich partnerka lub partner - zawodowy tancerz, a gwiazda jedynie dobre wrażenie. Obiektywizm jest najważniejszy. To podstawa rzetelnego sędziowania.

Joanna Bogiel-Jażdżyk

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy