Reklama

Star Wars - Gwiezdne wojny

"Gwiezdne Wojny": Farah Fawcett, marihuana i Elvis Presley

O tym, jak plakat "Aniołków Charliego" z Farrah Fawcett w stroju kąpielowym przegrał w 1977 roku rywalizację z posterem "Gwiezdnych Wojen"; o tym, że premiera filmu George'a Lucasa zbiegła się z rekordowym poziomem użycia marihuany wśród uczniów szkół średnich, oraz jak Elvis Presley dzień przed śmiercią załatwiał sobie prywatny pokaz w posiadłości w Graceland - tego wszystkiego dowiemy się z książki Chrisa Taylora "Gwiezdne Wojny. Jak podbiły wszechświat?", która ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak.

George Lucas na planie pierwszych "Gwiezdnych Wojen"

Chris Taylor - dziennikarz tygodnika "Time" i redaktor portalu "Mashable" - podąża śladami gwiezdnej sagi: od jej trudnych narodzin, poprzez burzliwe losy marki, aż po kontrowersje wokół najnowszego filmu. Dociera do ludzi, którzy pomogli przekuć pomysł Lucasa w legendę. Spotyka fanów i ludzi od marketingu, dla których Gwiezdne wojny stały się sposobem na życie. Stacza walki ze współczesnymi rycerzami Jedi i majsterkuje z konstruktorami droidów. Taylor szuka odpowiedzi na pytanie, jak "Gwiezdne Wojny" przyciągnęły i zainspirowały miliony i dlaczego będą rozpalać naszą wyobraźnię i zarabiać gigantyczne pieniądze przez kolejne pokolenia.

Reklama

Poniżej publikujemy fragment książki Taylora, w którym dziennikarz przypomina okoliczności towarzyszące premierze pierwszego filmu sagi George'a Lucasa.

Od samego początku "Gwiezdne Wojny" wydawał się prześladować pech, ale nigdy tak wielki, jak podczas premiery. Przypadła na środę przed Dniem Pamięci. Dzieciaki w wieku 10-14 lat, czyli docelowa publiczność, były nadal w szkole (cóż, przynajmniej teoretycznie: co najmniej czwórkę dzieciaków widziano na wagarach na seansie o 10.45 w Coronet). Film miał premierę w zaledwie 32 kinach, a w 11 kolejnych zaplanowano ją na następne dni (dla porównania, "O jeden most za daleko" czy "New York, New York" miały premierę w 400 kinach mniej więcej równocześnie). A jak dobrze reklamowano "Gwiezdne Wojny" za pomocą najbardziej tradycyjnej formy, czyli zwiastuna? Tylko jeden pojawił się przed świętami Bożego Narodzenia w poprzednim roku, następnie zniknął, a potem powrócił przed Wielkanocą.

Mimo to w dniu premiery film zarobił 255 tys. dolarów, czyli średnio 8 tys. dolarów od kina. W 1977 roku mniej więcej tyle wynosił przychód kina w ciągu całego tygodnia. To był rekord dla większości spośród 32 kin, które wyświetliły film. Oczywiście przychody nie rozłożyły się równo. Mann’s Chinese Theater w Hollywood odnotował największy przychód box office dla jednego filmu: 19 358 dolarów. W cenie 4 dolarów za bilet to oznaczało ok. 4800 aniołków wciśniętych na 5 pokazów w ciągu jednego dnia (tuzin lub więcej biletów kupił Hugh Heffner wraz ze swoją ekipą z rezydencji "Playboya", parkując flotę limuzyn przed kinem. Byli zdeterminowani przekonać się, o co cały ten szum. Heffner ostatecznie obejrzał film dwa razy).

Klika Charleya Lippincotta zabrała się do pracy, alarmując media, ale te reagowały powoli. "Variety" i inne gazety doniosły o rekordowych przychodach ze sprzedaży biletów pierwszego dnia, ale relacje sprzed kin, gdzie ustawiały się długie kolejki, pojawiły się dopiero w weekend. Mimo to już wkrótce narodził się nowy gatunek fana, mianowicie widz z polecenia. Tymczasem Kurtz [Gary Kurz, producent "Gwiezdnych Wojen" - przyp. red.] 26 maja podróżował po mediach na Wschodnim Wybrzeżu, przemieszczając się ze studiów telewizyjnych do Bostonu i Nowego Jorku, gdzie złapał go z obniżoną gardą w czasie programu w Waszyngtonie dzwoniący fan, twierdzący, że widział już "Gwiezdne Wojny" 4 albo 5 razy - tyle razy, ile emisji odbyło się dotychczas w jego mieście.

W maju 1977 roku widzowie z polecenia nie musieli dodawać już swojej cegiełki do zysków ze sprzedaży: mogli po prostu zostać w kinie, poczekać mniej więcej godzinę i znów obejrzeć film. To nie było coś, co wcześniej publiczność miała w zwyczaju. Tak naprawdę to przez "Gwiezdne Wojny" większość kin wprowadziła politykę opróżniania widowni pomiędzy kolejnymi pokazami. Ale gdy tylko wyszli i wrócili, widzowie z polecenia stawali się odpowiedzialni za niewyobrażalne przychody z box office. Dla wielu - i można to zobaczyć od czasu do czasu w telewizyjnych i prasowych relacjach z 1977 roku - liczba wizyt w kinie stała się rodzajem sportu: "Byłem na 'Gwiezdnych Wojnach' 20 razy!". A jeszcze większa liczba, których media nie cytowała, odczuwała dreszcz emocji z powodu inwestycji w tak wspaniale powtarzalną historię. Można było obejrzeć ten film 20, 30, a nawet 40 razy i nadal się nim nie znudzić.

Jednym z takich fanów był Christian Gossett. Syn aktora oraz reporter "The Los Angeles Times" zobaczył "Gwiezdne Wojny" w Mann’s Chinese Theater w dniu premiery jako dziewięciolatek. Gosset wspomina: "Mój ojciec miał wspaniały zwyczaj - gdy do kin wchodził film, który chciał obejrzeć, zwalniał nas tego dnia ze szkoły, a po południu szliśmy na seans. 'Gwiezdne Wojny' były pierwszym tak dobrym filmem, jednogłośnie zgodziliśmy się z tym, że jak mama skończy pracę, zaciągniemy ją znowu do kina. Towarzyszył nam ten wspaniały, ciepły blask, to poczucie, że mogłeś po prostu wskoczyć do auta, pojechać do kina i znowu znaleźć się w tym świecie. To było jak analogowa wersja filmu na życzenie z 1977 roku". Gossett po wielu latach wynalazł miecz świetlny z podwójnym ostrzem, użyty w Części I.

W piątek, dwa dni po premierze, "Gwiezdne Wojny" trafiły do kolejnych dziewięciu kin. Nadal popyt był zbyt wielki, a podaż nie nadążała. Inni właściciele kin, "pierdziele z wielkimi cygarami", których Lippincott [Charles Lippincott - odpowiedzialny za promocję "Gwiezdnych wojen" - przyp.red.] zanudził na śmierć, nie mogli się doczekać, żeby dołączyć do szaleństwa, ale musieli stanąć w kolejce. Wytwórnia zupełnie przypadkiem pomogła stworzyć ten napędzający rozgłos poprzez rażące niedoszacowanie popytu. Wszyscy dyrektorzy po prostu nie sądzili, że film był wart wydrukowanej na nim kliszy; Fox startował od mniej niż stu kopii i musiał natychmiast zacząć produkcję kolejnych, gdy tylko okazało się, że "Gwiezdne Wojny" są wydarzeniem sezonu. Do 25 maja firma sprytnie postawiła na głowie swoją wcześniejszą strategię: teraz, powiedziała wytwórnia właścicielom kin, jeśli chcecie wyświetlać "Gwiezdne Wojny", musicie zarezerwować także "Drugą stronę północy" [melodramat w reżyserii Charlesa Jarrotta - przyp. red.].

Tłumy pod kinami rosły już od pierwszego seansu o 10.45 w Coronet i nie wyglądało na to, żeby miały się przerzedzić. Avco Theater w Westwood musiał zatrudnić dodatkowe 60 osób tylko do kontroli tłumu i przyjmowania biletów. Kierownik kina chwalił się, choć z nutą smutku, że w weekend Dnia Pamięci musiał odesłać z kwitkiem 5 tys. chętnych. Kierownik Coronet, zepsuty stary wyga Al Levine, nigdy nie widział czegoś takiego. Jego komentarz na temat tłumów zapisał się w historii: "Starzy ludzie, młodzi ludzie, dzieci, krisznowcy. Grają w kolejce w karty. Mamy tu amatorów szachów, ludzi z twarzami wymalowanymi farbą i w cekiny. Lalunie, jakich na oczy nie widziałem, naćpane trawą i kwasem".

Levine miał wiele racji. Zgodnie ze statystykami rządowymi premiera "Gwiezdnych Wojen" zbiegła się z rekordowym poziomem użycia marihuany wśród uczniów szkół średnich. Trend osiągnął swój szczyt w 1978 roku, a w latach następnych spadał. Niemal każdy z widzów opisywał film jako "radosną przejażdżkę" lub "wizualny triumf" - murowana przynęta dla umysłów pragnących zabić kilka godzin w bezmyślnej, psychodelicznej błogości. A jeśli chodzi o tytuł - cóż, dział marketingu wytwórni nie mógł pomylić się bardziej, twierdząc, że publiczność skojarzy go z celebrytami z Hollywood. Pokolenie Woodstocku i późniejsze myślało raczej o Ziggym Starduście, the Starland Vocal Band, Ringo Starrze, rockowym zespole z Atlanty o nazwie Starbuck, "jesteśmy gwiezdnym pyłem, jesteśmy złotem", "Dzień dobry, gwiazdeczko", "Gwiezdny człowiek czeka w niebiosach". Dzieło Lucasa pojawiło się u kresu epoki glam rocka i u szczytu epoki disco. Sex Pistols mieli właśnie wypuścić singiel "God Save the Queen" 27 maja 1977 roku, rozpoczynając epokę punk rocka, ale jak na razie gwiazdy wciąż były spoko. "Gwiezdne Wojny" być może nie potrzebowały pomocy kultury narkotykowej, dla "czystych" również były przełomowe. Mimo to amerykańska skłonność z lat siedemdziesiątych, aby zjarać się przed pójściem do kina, z pewnością nie zaszkodziła przychodom z pierwszego tygodnia.

Do szóstego dnia, pod koniec weekendu z okazji Dnia Pamięci, "Gwiezdne Wojny" zarobiły na biletach 2,5 mln dolarów. Nie oznaczało to, technicznie rzecz biorąc, że zostały najbardziej kasowym filmem w Stanach: "Mistrz kierownicy ucieka", który miał premierę w ten weekend, pobił je, notując 2,7 mln. Ale "Mistrza..." wyświetlano w 386 kinach, a "Gwiezdne Wojny" na tym etapie - w 43. Ponadto nikt nie robił wpinek z cytatami z "Mistrza kierownicy", a wpinki z "Gwiezdnych Wojen" dzieciaki robiły szybciej, niż Kurtz i Lippincott mogli nadążyć. I nie chodziło tylko o nie. Lata siedemdziesiąte były epoką domorosłych przedsiębiorców od koszulek i wpinek. Zanim zdążyłeś powiedzieć: "kultowe", dzieciaki wszędzie wokół robiły wpinki z hasłem: "Niech Moc będzie z Tobą" i wkładały koszulki z napisem "Lecę na Hana Solo". Wielu fanów pamięta rozdawanie wpinek i sprzedaż koszulek przed kinami, nawet w dniu premiery.

Każda gazeta zrobiła swój wymagany reportaż o "Gwiezdnych Wojnach". Magazyn "Time", który w 1977 roku znajdował się u szczytu władzy i poczytności, wyróżnił artykuł Jaya Cocksa w rogu na górze okładki. Zajawka głosiła po prostu: "Najlepszy film roku". Film poszedłby na okładkę, ale w związku z wyborami Menachema Begina w Izraelu nieustannie zdarzały się tego typu zmiany. To nie miało znaczenia, ponieważ róg wystawał na każdym stoisku z gazetami, śląc informację także wówczas, gdy nie kupowało się gazety. Każdy program telewizyjny zrobił materiał o tłumach czekających na ten niesamowity film - nawet "głos Ameryki", prezenter programu informacyjnego w CBS, Walter Cronkite. Jego reportaż był krokiem milowym. W 1968 roku prezydent Lyndon Johnson wypowiedział słynne słowa po negatywnym reportażu o wojnie w Wietnamie: "Jeśli straciłem Cronkite'a, straciłem Amerykę Środkową". Analogia była prawdziwa także w roku 1977: jeśli "Gwiezdne Wojny" wygrały Cronkite'a, wygrały też Amerykę Środkową. To nie był tylko film dla dzieciaków, fanów science fiction, ćpunów czy innych dziwaków. W ciągu zaledwie tygodnia film osadzony w przestrzeni kosmicznej trafił do mainstreamu.

W czerwcu 1977 roku ogromne tłumy w czterech nowojorskich kinach musiała opanować policja konna. Ludzie z różnych środowisk stali w kolejkach ramię w ramię. Johnny Cash, Muhammad Ali i senator Ted Kennedy czekali przed swoimi kinami jak zwykli obywatele. Elvis Presley próbował innej strategii. Król był w trakcie załatwiania dla siebie i córki Lisy Marie prywatnej kopii w Graceland dzień przed swoją śmiercią. Nawet stoicki Gary Kurtz zaczynał wierzyć, że "Gwiezdne Wojny" były absolutnym hitem: "Nie braliśmy na poważnie kolejek, sądząc, że przez pierwsze trzy lub cztery tygodnie do kin będą szli wyłącznie fani science fiction" - mówił. "Ale gdy po miesiącu ludzie nadal stali, zrozumieliśmy, że film stał się samonapędzającym się zjawiskiem".

Przeczucia oddziału pościgowego potwierdziły się, wykraczając poza jego najśmielsze oczekiwania. W społeczności science fiction plotki wystarczyły, by przyciągać do kin tłumy przez pierwszy tydzień. Pochlebne recenzje zachęciły je przez kolejne dwa. Relacje w mediach o tłumach zachęciły innych po Dniu Pamięci. Kolejki rosły, a wraz z nimi historie o sfrustrowanych sąsiadach, nagromadzonych po całym dniu śmieciach oraz miejscowych handlarzach, którzy zarabiali na całej sytuacji szybkie pieniądze.

Ci, którzy widzieli film i należeli do grona wtajemniczonych, znali zabawnie brzmiące imiona i powiedzenia. Wstąpili do ekskluzywnego klubu, który wiedział o "Mocy", nawet jeśli każdy miał inną teorię na temat tego, czym właściwie ona była. Nagle "Gwiezdne Wojny" stały się czymś znacznie więcej niż tylko sumą zysków z box office. Stały się znane z powodu bycia znanymi.

W maju 1977 roku najbardziej popularnym plakatem w Stanach był ten z Farrah Fawcett, głównym Aniołkiem Charliego, w stroju kąpielowym, z wyraźnie pobudzonym sutkiem. Do lipca musiał ustąpić miejsca plakatom z "Gwiezdnych Wojen" - przebitka na sprzedaży wynosiła pięć do jednego.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Gwiezdne wojny IV: Nowa nadzieja