Star Wars - Gwiezdne wojny

Gwiezdne potyczki prêt-à-porter, czyli jak podrabiano "Star Wars"

O "Gwiezdnych wojnach" napisano już całe tomiszcza, ale są filmy, które wyrosły na ich żyznym gruncie, a w kronice kina nie doczekały się nawet malutkiej wzmianki - podróbki, kserokopie i bezczelne zżynki.

Czy po premierze najnowszej części sagi, "Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy", wciąż będą pojawiać się przeróbki "Star Wars"?

Bawić się w "Gwiezdne wojny" każdy może. Na dobrą sprawę nie trzeba nawet odbywać pielgrzymki do sklepu z zabawkami, gdzie od dłuższego czasu półki uginają się pod gadżetami z logiem Disneya, ani zaopatrywać się w jarzące się czerwienią czy zielenią szumiące miecze świetlne.

Kto ma choć ułamek tej wyobraźni, którą zachwycił niegdyś świat George Lucas, ten chwyci za pierwszy lepszy kij i stoczy na własnym podwórku bój o losy galaktyki niemniej efektowny niż ten z dużego ekranu. Ale schody zaczynają się, kiedy dziecięce wybryki przeistaczają się w całkiem dorosłą chęć nakręcenia hitu na miarę "Imperium kontratakuje". A podobnych prób było co niemiara.

Należałoby jednak podkreślić, że rzadko kiedy wynikały one z faktycznego uwielbienia dla dzieła Lucasa, częściej były po prostu cynicznymi zagrywkami, które miały przynieść twórcom szybki grosz. Bo kiedy w 1977 roku "Gwiezdne wojny" trafiły na ekrany, podobne spektakle jeszcze mało komu się marzyły i nawet sam architekt kosmicznego uniwersum nie śnił, że projekt, który wyrysował, to istna kaplica sykstyńska kina popularnego. Skoro zaś nastała nowa era, era blockbustera, a moda na science-fiction odżyła, czemu z niej nie skorzystać?

George Lucas prędko pogodził się z niebywałym sukcesem, a pod jego lokomotywę podłączali się coraz to nowi epigoni, pragnący uszczknąć choćby okruszek tortu. Niestety, przeważnie podpinane składy okazywały się albo przyciężkie, albo wykolejały się na pierwszym lepszym zakręcie. Trudno chyba orzec, kto pierwszy podrobił "Gwiezdne wojny", ale z pewnością nie próżnowali specjalizujący się w podróbkach filmowcy włoscy, którzy, nie zwlekając długo, wypuścili takie perły jak "Gwiezdna odyseja" z 1979 roku (gdzie śmigano nawet z mieczami świetlnymi!) czy rok młodsze, kultowe już "Starcrash" z... Davidem Hasselhoffem i Christopherem Plummerem.

Reklama

Ale sława "Gwiezdnych wojen" zawędrowała jeszcze dalej, na najodleglejsze krańce świata, choćby do Japonii, gdzie w 1978 roku Kinji Fukasaku (znany u nas jako reżyser "Battle Royale") zrealizował film, którego tytuł można by przetłumaczyć jako "Wiadomość z kosmosu". Nie dość, że fabuła przypomina tę znaną z "Gwiezdnych wojen", to jeszcze na dodatek mamy tu robota (choć, co prawda, humanoida) komunikującego się, jak R2D2, niezrozumiałymi popiskiwaniami. Lecz swoistą wisienką na torcie nie jest wcale "Os Trapalhões na Guerra dos Planetas" (1978), czyli brazylijska parodia filmu Lucasa nakręcona lata przed "Kosmicznymi jajami" Mela Brooksa, ale słynny turecki majstersztyk, czyli "Człowiek, który uratował świat" (1982 rok; znany też po prostu jako "Tureckie gwiezdne wojny"), gdzie bezczelnie wykorzystano kradzione fragmenty "Nowej nadziei", muzykę Johna Williamsa, a nawet radziecką kronikę filmową. Tego nikt nie przebił.

Podrabianie "Gwiezdnych wojen" nie jest jednak domeną europejską czy azjatycką, bo Amerykanie również szybko zwąchali swoją szansę na łatwą kasę. Czym prędzej zmontowano w pełny metraż trzy odcinki serialu "Battlestar Galactica" (mało nie skończyło się na sądowej batalii) i zrealizowano inną produkcję telewizyjną "Jazon z gwiezdnego patrolu" - wszystko w rok po premierze pierwszej odsłony oryginalnej trylogii. Z kolei Roger Corman, król kina klasy B, prócz wypuszczenia do kin wspomnianego już "Starcrash" podpisał się dwa lata później także pod "Bitwą wśród gwiazd", choć tutaj, trzeba przyznać, po inspiracje cofnięto się raczej do "Siedmiu samurajów" i "Siedmiu wspaniałych".

Lecz to, bynajmniej, nie wszystko, bo pod "Gwiezdne wojny" chcieli się podczepić nie tylko specjaliści od niskiego budżetu, ale też i duże studia, jak, o ironio, Disney ("Czarna dziura"; 1979) oraz twórcy głośnych serii, choćby tej o Jamesie Bondzie ("Moonraker" z tego samego roku), czy Gene Roddenberry, pomysłodawca i scenarzysta serialu "Star Trek", który zabrał się za film pełnometrażowy. Nie można też zapomnieć o nowej wersji "Flasha Gordona" z 1980 roku w reżyserii Mike'a Hodgesa, bo... to, między innymi, stary serial z lat trzydziestych ubiegłego wieku popchnął George'a Lucasa do nakręcenia "Gwiezdnych wojen". I tak historia - dodajmy, że piękna - zatoczyła koło.

Bo, tak po prawdzie, jednym z powodów, dla którego "Gwiezdne wojny" odniosły taki sukces, było oryginalne połączenie niekoniecznie oryginalnych elementów wywiedzionych z mnóstwa źródeł, między innymi uwielbianej przez Lucasa popkultury, prac amerykańskiego myśliciela Josepha Campbella (który pisał o archetypicznej "podróży bohatera" i ten wzorzec fabularny został przeniesiony na ekran) czy dzieł japońskiego mistrza Akiry Kurosawy (ze szczególnym wskazaniem na "Ukrytą fortecę", gdzie podpatrzył nie tylko pomysł na duet C3PO/R2D2, ale i postać księżniczki i jej sobowtóra z późniejszego "Mrocznego widma"), od którego zapożyczył charakterystyczną roletę montażową.

Ale to nie koniec. Starcia kosmicznych myśliwców wzorowane były na walkach powietrznych z czasów drugiej wojny światowej, które Lucas oglądał na archiwalnych nagraniach, nieobca była mu też fascynacja westernami. Zresztą, kiedy ten jeden z największych wizjonerów kina pisał "Gwiezdne wojny", przyświecał mu, jak sam mówił, jeden tylko cel: przywrócić światu nieskrępowaną radość z obcowania z filmem. I udało się.

Bartosz Czartoryski