Reklama

Sanatorium miłości

"Sanatorium miłości": Adam Siewierski bierze ślub!

Adam z Wolbromia, czyli Adam Siewierski z drugiej edycji "Sanatorium miłości" bierze ślub! Wybranką jego serca została pięć lat młodsza Marta, która napisała do seniora na Facebooku. Bardzo szybko zdecydowali, że chcą iść razem przez życie.

Adam z drugiej edycji "Sanatorium miłości" (fot. z oficjalnego profilu programu na Facebooku)

Nie było happy endu w drugiej edycji "Sanatorium miłości". Nie wyjechał pan z programu zakochany?

Reklama

Adam Siewierski: - Z Ustronia wyjechałem z niczym [uśmiech - przyp. red.]. Nie spotkałem tam pani, która by mi odpowiadała.

Tymczasem, krążą plotki, że się pan żeni! Kto skradł pana serce i w jakich okolicznościach?

- Poznałem moją obecną narzeczoną, Martę, dzięki programowi. To bez dwóch zdań. Po zakończeniu przygody z "Sanatorium miłości" założyłem konto na Facebooku. Nie przestałem szukać miłości. Nie chciałem być dłużej sam. Zmieniło się jedynie medium, platforma tych poszukiwań. Nie ukrywam, że pisało do mnie wiele pań, a wśród nich pojawiła się właśnie Martusia. Powiedziałem w duchu: Fajna dziewczyna [uśmiech - przyp. red.].

Co takiego napisała pani Marta, że zdecydował pan: "Tak, to będzie moja żona"?

- Dokładnie pamiętam datę. To było 14 sierpnia ubiegłego roku. I jestem jej za to wdzięczny, bo gdyby nie zainicjowała naszej znajomości, to nasze drogi, by się nie spotkały. Dostałem piękne zdjęcia i zdecydowałem się na kolejny krok. Mam taki charakter, że wszystko robię do skutku. Nie odpuszczam w połowie drogi, jeśli jestem o czymś przekonany. Muszę mieć efekt. Popisaliśmy trochę na Messengerze. Z każdą rozmową doceniałem bardziej jej charakter, jej mądrość, jej godność, jej wartości, aż w końcu wymieniliśmy się numerami telefonów i zdecydowaliśmy się wyjść z domu [uśmiech - przyp. red.].

To dziewczyna z sąsiedztwa? Czy spotkaliście się na pierwszej randce w połowie drogi?

- Dzieli nas 80 kilometrów. Martusia mieszka za Wieliczką, ja w Wolbromiu. Spotkaliśmy się oczywiście w urokliwej Wieliczce, na kawie. Wymieniliśmy się drobnymi prezentami. Co mnie bardzo zaintrygowało. Na koniec naszego spotkania Martusia sama dała mi buzi. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z taką sytuacją. Kiedy machałem jej na pożegnanie byłem już zakochany!  

Kiedy nabrał pan odwagi, by się oświadczyć?

- Na drugim spotkaniu wiedziałem już, że to będzie moja wybranka. Poczułem impuls, taki pozytywny niepokój, szybsze bicie serca.

Pisaliście do siebie listy miłosne?

- Nie. Listów miłośnych nie było, ale cały czas dużo ze sobą rozmawialiśmy, codziennie. To mnie ujęło, to to, że widziałem, a z każdą rozmową nabierałem tej pewności, że Martusia zmierza w tym samym kierunku co ja. Że chce być ze mną, że powinniśmy ten związek sformalizować.

Czyli oboje podjęliście świadomą decyzję, o wspólnej drodze przez dalsze życie?

- Tak. Oboje zaczęliśmy dążyć do tego, by zamieszkać razem i wziąć ślub. Nie ma sensu dojeżdżać do siebie raz, dwa razy w miesiącu. Życie jest zbyt krótkie, a wspólna droga zbyt pasjonująca, by zwlekać. Data ślubu już jest! A potem pewnie wyjedziemy nad morze, bo Martusia nigdy nie była nad Bałtykiem.

Jak wyglądały oświadczyny?

- To było 30 grudnia, dzień przed Sylwestrem, w moim domu. Kupiłem Marcie pierścionek, który sobie wybrała, bo to jednak dla kobiety ma duże znaczenie. (uśmiech - przyp. red.) Kiedy, zgodziła się zostać moją żoną, oboje poczuliśmy, że łączy nas coś wyjątkowego i silnego.

Połączyły was podobieństwa, czy jednak różnice, które pięknie dopełniają się w parze?

- Dzieli nas tylko pięć lat. Do tej pory nie zauważyłem różnic. Mamy jednakowe charaktery. Lubimy oboje te same smaki, zgadzamy się bardzo dobrze i patrzymy w tym samym kierunku, jeśli chodzi o naszą przyszłość. Nie było między nami jeszcze żadnej sprzeczki ani cichych dni. Zostałem wychowany w rodzinie, gdzie był szacunek, godność, zrozumienie, gdzie się rozmawiało o problemach. Nie było krzyków i do dziś nie toleruję krzyku. Trzeba być dobrym i mieć serce. Ktoś to pięknie powiedział: Jak masz dobre serce, to każdy cię doceni, polubi, pomoże ci i będzie cię szanował. Martusia jest szalenie pogodną, uśmiechniętą kobietą, spokojną, wyrozumiałą, co jest dla mnie pasjonujące. Sam z natury jestem pogodnym człowiekiem, dużo się uśmiecham, żartuję, więc jestem szczęściarzem, mając obok taką kobietę. Podchodzimy do życia na wesoło! To było moje ciche marzenie, żeby jeszcze raz iść przez życie z kimś bliskim. By mieć się z kim napić rano kawy, porozmawiać, pośmiać się. I to marzenie mi się spełniło. Jestem bardzo szczęśliwy. To mój największy życiowy sukces.

Na koniec zapytam, jak zareagowały wasze rodziny na ten news?

- Jeżeli chodzi o moje trzy córki, bardzo pozytywnie. Zięciowie też dopingowali mnie do tego, bym nie rezygnował z poszukiwania miłości, brat, a nawet moja szwagierka, siostra mojej śp. żony, powtarzała mi, że nie mogę być sam. Odczuwam wielką akceptację z ich strony. Martusia z koeli ma dwie córki i one też bardzo pozytywnie przyjęły tę wiadomość, że chcemy być razem. Bardzo nam kibicują.

Beata Banasiewicz / AKPA

AKPA

Reklama