Reklama

Oscary 2019

"Czarne bractwo. BlacKkKlansman" [recenzja]: Trumpografia

W maju 2018 roku podczas festiwalu w Cannes swą premierę miało "Czarne bractwo. BlacKkKlansman" Spike'a Lee - pierwszy pełnometrażowy film, odnoszący się bezpośrednio do prezydentury Donalda Trumpa. Po pokazie publiczność nagrodziła reżysera sześciominutowymi brawami. Z kolei jury przyznało mu drugą po Złotej Palmie najważniejszą nagrodę: Grand Prix. Natomiast kinomani na całym świecie zaczęli zadawać sobie pytanie: czy te wszystkie wyróżnienia wynikają z wartości artystycznej dzieła, czy też niechęci środowiska filmowego do Trumpa?

Kadr z filmu "Czarne bractwo. BlacKkKlansman"

Twórca "Rób, co należy" oparł fabułę swojego filmu na wspomnieniach Rona Stallwortha. W 1972 roku został on pierwszym czarnoskórym detektywem w Colorado Springs. Spotykający się na co dzień z przejawami rasizmu - także w pracy - Ron (John David Washington) postanowił rozpracować struktury Ku Klux Klanu stanu Kolorado. Niewiele myśląc zadzwonił do nich i zachwycił swojego rozmówcę rasistowską tyradą. Poszło mu tak dobrze, że członkowie klanu zaraz zechcieli go poznać. Ponieważ Ron z racji koloru swojej skóry nie mógł pojawić się na spotkaniu, wysyłał na nie kolegę z komisariatu, Flipa Zimmermana (Adam Driver) - prywatnie będącego niepraktykującym Żydem. I tak obaj zaczęli inwigilować Ku Klux Klan.

Lee w otwarciu "BlacKkKlansmana" przytacza scenę z "Przeminęło z wiatrem", w której żołnierze Południa są opatrywani, a nad nimi spokojnie powiewa flaga Konfederatów. Początek zapowiada, że reżyser poza polityką rozliczy także amerykańską kulturę oraz inne czynniki, które wpłynęły na obecną sytuację w Stanach Zjednoczonych. Niestety, owa perspektywa zostaje skreślona już w następnej scenie. Pojawia się w niej rasistowski uczony, który przez kilka minut prawi o potędze białej rasy i spiskach, mających na celu jej anihilację. W swoim niemającym ładu i składu słowotoku na zmianę popada on w histerię, nerwowo kaszle lub zapluwa się. W dodatku gra go Alec Baldwin - obecnie kojarzony głównie z rolą Trumpa w amerykańskim "Saturday Night Live". Tak oto film mogący stać się stadium toksycznej relacji Ameryki i rasizmu, zostaje sprowadzony do serii mniej lub bardziej udanych dowcipów wymierzonych w nacjonalistów oraz 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Reklama

Lee tak bardzo skupia się na naśmiewaniu się z klanu i Trumpa, że zapomina o zbudowaniu solidnych fundamentów pod fabułę swojego filmu. W rezultacie intryga uknuta przez Stallwortha wydaje nie trzymać się kupy i czasem trudno uwierzyć, że nikt jej nie przejrzał. Braki w scenariuszu zostałyby wybaczone, gdyby wynagradzała je warstwa humorystyczna. Niestety, "BlacKkKlansman" to głównie film dwóch dowcipów. Pierwszy: Afroamerykanin dzwoni do Ku Klux Klanu i podaje się za rasistę. Drugi: Żyd przychodzi na zebranie Ku Klux Klanu i podaje się za rasistę. Oba ograne koncertowo, ale też o kilka razy za dużo. Poza nimi Lee podśmiechuje się z Trumpa. W jednej scenie trafia w sedno, w kolejnej zupełnie chybia celu. Szczególnie boli zbyt częsta łopatologia - członkowie Ku Klux Klanu wznoszący okrzyk "America First" lub rozmowy w rodzaju: "Myślisz, że Amerykanie kiedykolwiek wybiorą rasistę na prezydenta?".

"BlacKkKlansman" wypada najlepiej, gdy Lee odchodzi od zbyt oczywistej komedii i skupia się na popkulturowych odniesieniach oraz zabawach formalnych. Scena z członkami klanu żywo komentującymi seans "Narodzin narodu" D.W. Griffitha wyraża więcej niż wszystkie telefony Stallwortha. Z kolei końcowy pościg wynagradza kulejącą od połowy filmu narrację i daje mu jakże potrzebnego kopa energii. Lee odnosi także sukces w wywoływaniu wśród widzów skrajnych odczuć. Projekcję "Narodzin narodu" zestawia ze starszym działaczem na rzecz równouprawnienia (Harry Belafonte) wspominającym brutalny lincz, którego był świadkiem. Reżyser z jednej strony karykaturuje członków klanu, z drugiej wskazuje, że mimo swej śmieszności są oni zdolni do przerażających czynów.

Do tego wniosku wraca w finale, gdy komiczna tonacja zupełnie znika. Ostatnie sceny przedstawiają archiwalne zdjęcia z marszu Unite the Right, który odbył się w Charlottesville w sierpniu 2017 roku. Niestety, podobnie jak z żartami z Trumpa, tak i w tym wypadku Lee nie zna umiaru. Po ujęciach marszu następują kolejne, ukazujące atak samochodowy na protestujących antyfaszystów oraz - później ostro krytykowany - komentarz prezydenta. Chociaż zamierzenia reżysera są szlachetne (film dedykowany jest Heather Heyer, która zginęła w wyniku ataku w Charlottesville), w kluczowym momencie popada on w - utożsamiany przecież z Trumpem - populizm, a refleksję zastępuje szokowaniem.

"Czarne bractwo. "BlacKkKlansman" nie jest w pełni udanym filmem. Czy spełnionym - to inna sprawa. Dzieło Lee stanowi krzyk wściekłości wywołany obecną sytuacją polityczną w Stanach Zjednoczonych. Odczucia reżysera podziela nie tylko większość środowiska filmowego, ale i znaczna część Amerykanów. Czas pokaże, czy powstaną kolejne równie radykalne produkcje odnoszące się do prezydentury Trumpa. Przypuszczam jednak, że "BlacKkKlansman", chociaż nie znajdzie się wśród najwybitniejszych filmów 2018 roku, z pewnością okaże się jednym z najważniejszych.

6/10

"Czarne bractwo. BlacKkKlansman" (BlacKkKlansman), reż. Spike Lee, USA 2018, dystrybutor: UIP, polska premiera: 14 września 2018 roku.

Dowiedz się więcej na temat: Czarne Bractwo. BlacKkKlansman