Reklama

Oscary 2012

Przyczajony cellulitis, ukryte rozstępy

"Kung Fu Panda 2" ("Kung Fu Panda 2: The Kaboom of Doom"), reż. Jennifer Yuh, USA 2011, dystrybutor UIP, premiera kinowa 27 maja 2011 roku.

Sedno pierwszej "Kung Fu Pandy" stanowiło spełnianie marzeń, przy czym były to marzenia bardziej tytułowego bohatera niż widzów. Ukochana przez amerykańskie kino maksyma "od zera do bohatera" nabierała tutaj trochę nieświeżego posmaku, którego nie potrafił zamaskować azjatycki sos, a który wzmacniała jeszcze toporna animacja. Okres błędów i wypaczeń jest już na szczęście za nami i w "dwójce" w miejsce markowania ciosów dostajemy solidnego kopniaka z półobrotu.

Reklama

Pozornie niewiele się zmieniło. Chociaż miś Po został wielkim wojownikiem, to wciąż jest na bakier z racjonalnym odżywianiem i cierpi na niezdiagnozowane ADHD. Na horyzoncie płonie jednak łuna wzniecona przez anorektycznego pawia, któremu marzy się dominacja nad Chinami, więc bohater musi zabrać ze sobą towarzyszy i nie bacząc na kolekcję wad, spróbować uratować zagrożony kraj. Przy okazji ma możliwość rozwiązać zagadkę swojego pochodzenia i odpowiedzieć sobie na jedno bardzo ważne pytanie: czemu jestem pandą, skoro mój ojciec wygląda jak gęś?

Tym razem twórcy filmu dużo bardziej świadomie podeszli do wykorzystywanej przez siebie konwencji, czyli kina wuxia, nie dokonując już recyklingu schematów, tylko tworząc pełnoprawną epikę, która obroniłaby się bez autotematycznych żartów. Sceny walk są imponujące, slapstick miesza się z radosną demolką, a umiejętnie dobrana kolorystyka nadaje całości niemalże poetyckiego wymiaru. Finałowy pojedynek, w czasie którego pod purupurowo-granatowym niebem Po rozwala w drzazgi flotę przeciwnika, ma w sobie tyle energii i piękna, że mogliby się pod nim podpisać Zhang Yimou i King Hu.

W "Kung Fu Pandzie 2" dominuje adrenalina, ale znalazło się tutaj też trochę miejsca na śmiech i łzy. Akcenty humorystyczne rozłożone są przede wszystkim w dwóch miejscach: na dysonansie między posturą Po a jego heroicznymi ambicjami oraz na ciągłym podstawianiu nogi gatunkowym samograjom (vide miś wygłaszający ze szczytu budynku pompatyczną przemowę, której z racji zbyt dużej wysokości nie są w stanie usłyszeć jego przeciwnicy). Twórcom udaje się na szczęście równocześnie obnażyć konwencję i wykrzesać z niej jak najwięcej iskier. Jeśli chodzi natomiast o wzruszenia, to film bierze emocjonalny kurs na prawdziwą epikę: wciąż pada w nim kilka pseudo-wschodnich pseudo-mądrości, wciąż afirmowana jest ojcowska miłość, ale wątek biologicznych rodziców Po rokuje nadzieję na rozwinięcie dyptyku w stanowiący zwartą historię cykl.

Tym razem spece od animacji zakasali rękawy, dzięki czemu "Kung Fu Panda 2" zachwyca pod względem wizualnym. Miś jest tak puchaty, że aż chce się wyciągnąć rękę i spróbować go pogłaskać, a stworzone z zer i jedynek Chiny są najfajniejszą Nibylandią, jaką widziałem ostatnio w kinie. Brzmi to banalnie, ale ten film pozwala poczuć się znów dzieckiem lub przynajmniej nastolatkiem i uznając to za wymówkę, chciałbym napisać na koniec tylko tyle: "Kung Fu Panda 2" niszczy obiekty.

8/10

Ciekawi Cię, co jeszcze w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Panda | Jennifer Yuh | Kung Fu Panda | cellulitis