Reklama

Nowe Horyzonty 2012

Patrz i podziwiaj

"Pina", reż Wim Wenders, Niemcy, Francja, Wielka Brytania 2011, dystrybutor: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty, premiera kinowa: 21 października 2011

"Pina" - zrealizowany w trójwymiarze dokument Wima Wendersa o wybitnej niemieckiej choreografce Pinie Bausch - w niezwykle sugestywny sposób wykorzystuje potencjał technologii 3D.

Przyzwyczajeni jesteśmy łączyć użycie trójwymiarowej techniki wyłącznie z hollywoodzkimi superprodukcjami: ma ona sprawić, by widowiskowe sceny akcji nabrały jeszcze większego dynamizmu i namacalności. Zdarza się jednak nazbyt często, że zamiast tego efekty 3D doprowadzają nasz wzrok do granic kłopotliwego oczopląsu, skutkując wyłącznie bólem głowy. "Pina" Wendersa udowadnia, że potencjał 3D można wykorzystywać również do szlachetniejszych celów.

Reklama

Film niemieckiego artysty jest hołdem złożonym Pinie Bausch. Reżyser rezygnuje jednak z formuły klasycznego dokumentu i zamiast na postaci choreografki koncentruje się niemal wyłącznie na prezentacji jej dzieł. Ci, którzy widzieli już spektakle Piny Bausch, nie będą jednak znudzeni; trójwymiarowa przestrzenność występów Wuppertal Tanztheater jest bowiem wprost oszałamiająca. Plastycznie uwydatniona głębia obrazu idealnie oddaje złożoną choreograficznie strukturę spektakli Bausch. Zdaje się, jakbyśmy oglądali je tak naprawdę pierwszy raz - tak silne jest uczucie inicjacyjnego doświadczenia. Jak byśmy uczestniczyli w jakimś kinematograficznym obrzędzie.

Wenders nie tylko filmuje spektakle Bausch, lecz również aranżuje specjalne taneczne etiudy w miejskiej przestrzeni Wuppertalu. Tancerze odgrywają więc fragmenty swych układów w scenografii miejscowych ulic, budynków, parków, nawet na miejskim basenie. Tutaj 3D nie ma już podobnej mocy, sam pomysł wydaje się służyć jedynie prezentacji kolejnych członków Wuppertal Tanztheater, którzy w króciutkich impresjach opowiadają nie tylko o sobie, lecz przede wszystkim o swych relacjach z Piną Bausch.

Reżyserską elegancję Wendersa najlepiej widać właśnie w tych portretowych zwierzeniach tancerzy. Każdemu z nich niemiecki reżyser każe opowiadać o swej przygodzie z Piną Bausch w ojczystym języku. Dodatkowo wprowadza niepokojący dysonans do oczywistej formuły "gadających głów", na portrety tancerzy nakładając z offu ich opowieści. Nie jest tak bezpośrednio, a przy tym wychodzi niebanalnie.

Anatomia tańca Piny Bausch. Czytaj więcej!

Co jednak nie udało się Wendersowi? Zabrakło w "Pinie" narracyjnego szkieletu, na którym można by oprzeć te wszystkie przepiękne taneczne układy. Na początku jest jeszcze nieźle, opowieści tancerzy umiejscawiają towarzyszące im choreografie w odpowiednim historycznym kontekście; kiedy Wenders pokazuje fragmenty "Café Müller" tancerze, którzy brali udział w spektaklu, wspominają okoliczności jego powstania oraz dzielą się impresjami z pracy nad tym dziełem.

Z czasem "Pina" traci jednak ten cenny dla osób, które nie znają twórczości Bausch, informacyjny background, przeistaczając się w ciąg następujących po sobie układów. Przyznam, że mimo wizualnej maestrii tych choreografii, staje się to z czasem lekko nużące.

7,5/10


Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: wim

Reklama