Katyń
Reklama

"Potrzebujemy dobrego terapeuty"

Andrzej Chyra jest jednym z najbardziej zapracowanych polskich aktorów. Co roku widzimy go w kilku produkcjach, wystarczy wspomnieć premiery 2006 roku: "Palimpsest", "Samotność w sieci" czy "Wszyscy jesteśmy Chrystusami". Już niedługo zobaczymy go w najnowszym filmie Andrzeja Wajdy "Post Mortem. Opowieść katyńska". Chyra opowiada o pracy na planie filmu oraz o swoim stosunku do Katynia.

Praca na planie "Post Mortem. Opowieści katyńskiej" to pański pierwszy zawodowy kontakt z Andrzejem Wajdą?

Andrzej Chyra: Nie, pan Andrzej Wajda był moim profesorem podczas studiów reżyserskich na warszawskiej Akademii Teatralnej. Zagrałem także niewielką rolę w "Wyroku na Franciszka Kłosa".

W filmie gra pan oficera, któremu udało się uniknąć śmierci w Katyniu...

Andrzej Chyra: Istotnie, mojego bohatera to ominęło, ale przez resztę życia ten Katyń będzie go ścigać. Zresztą, cały film opowiada o tym, że my, Polacy, jesteśmy skazani na pamięć o Katyniu, że było to wydarzenie, od którego nie sposób się uwolnić.

Reklama

A pan myśli o Katyniu?

Andrzej Chyra: Nie mam osobistych związków z tym miejscem, ale wielu ludzi, których spotykam, ten osobisty stosunek zachowuje - w końcu to było kilkanaście tysięcy ofiar: mężów, ojców, wujów, braci. Tkwi to w naszej podświadomości jako zbrodnia popełniona na elicie polskiego społeczeństwa - a jednocześnie ta historia jest przykładem naszego osamotnienia i świadomości, że takie wartości jak godność i honor nie zawsze wystarczą, żeby przetrwać. Lata kłamstw i atmosfera historii zakazanej spowodowały, że i teraz ten problem nie potrafi się jakoś przebić, wydostać na powierzchnię. Odnoszę wrażenie, że zabrakło dobrego psychoterapeuty, który pomógłby nam to unaocznić. A twórcy tego tematu nie dotykali zbyt często.

Ale literatura na temat Katynia jest dość obfita.

Andrzej Chyra: Owszem, w większości są to jednak zbiory dokumentów i komentarze historyków. Z tego, co przeczytałem, przygotowując się do roli, moją uwagę zwróciła książka Allena Paula. To znamienne, że taką książkę o Katyniu i jego konsekwencjach - dla jednostek, całego narodu i polityki światowej - potrafił napisać właśnie Amerykanin. My nie dajemy sobie z tym rady, nie potrafimy dostrzec tych zależności. Ale to dotyczy nie tylko Katynia.

Wspomniał pan o potrzebie terapeuty. Czy Andrzej Wajda jest takim terapeutą?

Andrzej Chyra: Chciałbym, żeby tak było. Moja ostrożność nie wynika z braku zaufania, wolę zaczekać na końcowy efekt. Przyznam, że wchodziłem w ten projekt nie bez obaw, ale na planie - tak jak wszyscy - dałem się porwać niezwykłej energii pana Andrzeja. Wydaje się, że ta energia płynie ze wspólnej pracy, a także - a chyba nawet przede wszystkim - z chęci nazwania rzeczy po imieniu. Sami podlegamy tej terapii. Myślę, że Andrzej Wajda również.

Do kogo pańskim zdaniem adresowana jest "Opowieść katyńska"? Do tych, którzy tę katyńską traumę noszą w sobie, czy też do tych, którzy nie mają nawet świadomości tej traumy?

Andrzej Chyra: Trudno mi znaleźć konkretnego adresata. Zwłaszcza, że mimo rozległości wątków ten film nie rozwiązuje wszystkich problemów, nie dotyka wszystkich tematów związanych z tą zbrodnią.

W książce Paula znalazłem, na przykład, szerszą, geopolityczną perspektywę: jak sprawa katyńska została wykorzystana przez Stalina do realizacji jego celów i dlaczego alianci nie chcieli jej drążyć. Nie zdawałem sobie wcześniej sprawy, jak bardzo Katyń wpłynął nie tylko na naszą historię, ale i przebieg całej wojny, ale być może jest to temat na zupełnie inny film.

Ale wracając do pytania o widza. "Post Mortem" jest tak realizowany, by był zrozumiały na różnych poziomach: ma przedstawić pewne zdarzenie i wynikające z niego sytuacje w pełnym świetle.

Ma coś unaocznić, uświadomić potencjał tego tematu. Być może na tym polega ten zabieg terapeutyczny, który od traumy Katynia powinien nas uwolnić.

"Post Mortem. Opowieść katyńska." w jakimś sensie powraca do tematyki "Popiołu i diamentu", wzbogacając ją o element stanowiący wcześniej tabu. I podobnie jak tamten film buduje możliwie szerokie spektrum społeczne, by ukazać przekrój postaw i reakcji na sprawę katyńską.

Andrzej Chyra: Tak właśnie tworzony jest ten film i ciągle się zmienia. Dlatego nie chcę wyrażać swoich opinii przed końcem realizacji. Kiedy wchodziłem w ten projekt, scenariusz skupiał się głównie na wątku wdowy po oficerze, który zginął w Katyniu, i przyjacielu męża, który Katynia uniknął.

Teraz wątków jest więcej - poznajemy więc obraz zbiorowy, który pokazuje jak pewne postawy stały się typowe, jak niechcący w nich utknęliśmy. Ale cały czas trwa realizacja i poszczególne sceny mogą zmienić wymowę filmu.

Co pan ma na myśli?

Andrzej Chyra: W trakcie pracy nad kolejnymi ujęciami, sceny się zmieniają a dialogi nabierają nowych znaczeń. W pewnym momencie pomyślałem, że w filmie brakuje pewnej postawy czy myśli, która wówczas może wydawała się niemożliwa, ale dziś nabrała sporego znaczenia. Dlatego mój bohater - postać szczególna: polski oficer, który uniknął losu jeńców katyńskich i wrócił do Polski z wojskiem Berlinga, a więc w jakiś sposób uczestniczy w kłamstwie katyńskim - zaczyna mówić o wybaczeniu. Doszedłem bowiem do takiego wniosku: jeśli wszystko zmierza w jednym kierunku i ocena zdarzeń i ich konsekwencji pozostaje jednoznaczna, to taki facet jak mój bohater, idący jakby pod prąd historii - może mieć do tego inny stosunek.

Jak zareagował na to Andrzej Wajda?

Andrzej Chyra: Pan Andrzej to zaakceptował bez szczególnego komentarza. Może na coś takiego czekał, a może to wyrzuci - zobaczymy w ostatecznej wersji filmu.

Dziękuję za rozmowę

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Andrzej Chyra | Katyń
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy