Reklama

47. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

Gdynia 2022: Młoda raperka, znany ksiądz i melanż życia

Kadr z filmu "Apokawixa", jednej z dwudziestu produkcji walczących w tym roku o Złote Lwy /Grzegorz Press, Watchout Studio /materiały prasowe

Reklama

12 września rozpoczął się 47. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Tegoroczne święto polskiego kina można określić jako przytłaczające z racji ilości prezentowanych obrazów. Tylko w konkursie głównym znalazło się 20 produkcji. Co prawda niemal połowa z nich weszła już do ogólnopolskiej dystrybucji lub była prezentowana na wcześniejszych festiwalach, nie zmienia to jednak faktu, że codzienny wybór seansów stanowi nie lada wyzwanie.

Wśród przybywających na festiwal czuć wyczekiwanie. Co roku w Gdyni dochodziło do swego rodzaju objawienia - w 2016 roku zobaczyliśmy tam wybitną "Ostatnią rodzinę". Na następnej edycji widzów zalała fala wspaniałych debiutów: "Atak paniki", "Wieża. Jasny dzień" i wyróżniona Złotymi Lwami "Cicha noc". Rok temu odkryciem okazali się "Inni ludzie".

Reklama

Co będzie hitem 47. edycji? Na pewno żaden z filmów, które swe polskie premiery miały przed festiwalem. "Wesele" Wojciecha Smarzowskiego, twórcy nagminnie ignorowanego przez gdyńskie jury, weszło do kin w październiku zeszłego roku i spotkało się z polaryzującym przyjęciem. Przeważały oceny negatywne, a niektórzy nie wahali się nazwać produkcji najmniej udaną w karierze tego twórcy. Prezentowane na zagranicznych festiwalach "IO", "Głupcy" i "Cicha ziemia" pojawiły się wcześniej m.in. na Nowych Horyzontach, a dwa ostatnie miały już krajową dystrybucję, ale ich przyjęcie było dalekie od entuzjazmu. Niewykluczone jednak, że to właśnie Jerzy Skolimowski i jego wystawiony w oscarowym wyścigu film skończą z najważniejszymi nagrodami.

Co zatem może być tegorocznym odkryciem? Wielu z nadzieją patrzy na wyróżnione w Wenecji "Chleb i sól" Damiana Kocura. Silne emocje budzą także "Broad Peak" Leszka Dawida i "Orzeł. Ostatni patrol" Jacka Bławuta - dwie długo zapowiadane produkcje, o których po raz pierwszy usłyszeliśmy jeszcze przed pandemią. Po pierwszych seansach wysoko oceniany jest "Śubuk" Jacka Lusińskiego, którego mi nie udało się jeszcze zobaczyć.

"Zadra": Młoda raperka dostaje szansę

Z ciekawością wyczekiwałem seansu "Zadry" Grzegorza Mołdy. Sytuacja tego twórcy jest wyjątkowa - festiwalowej publiczności zaprezentuje swój pierwszy i drugi film. "Matecznik" znalazł się w konkursie filmów mikrobudżetowych. Produkcję, przywodzącą na myśl grecką nową falę, mieli już okazję zobaczyć uczestnicy Nowych Horyzontów - w tym i ja. Film nie był do końca udany, jednak reżyser w ciekawy sposób prowadził historię i relację między dwójką bohaterów - młodocianym osadzonym i jego wychowawczynią. Z tego powodu po jego biorącej udział w konkursie głównym "Zadrze" spodziewałem się eksperymentów. Tymczasem otrzymałem klasyczną historię o ciemnej stronie sławy.

Film opowiada o młodej raperce z ubogiej rodziny, która nagle otrzymuje szansę i szybko z niej korzysta. Niestety, nieoczekiwany sukces okazuje się przytłaczający i negatywnie wpływa na jej relacje z najbliższymi. "Zadra" jest filmem pozbawionym ekstrawagancji, nie licząc rapowanych wstawek. Sama historia rozwija się nieco za długo, co jest bardzo odczuwalne, zważywszy na krótki czas trwania seansu. Niemniej film należy zaliczyć do udanych - historia opowiedziana jest z werwą, a sama fabuła, chociaż wałkowana już sto razy, jest pozbawiana kiczu i przerysowania. Mimo że film jest swego rodzaju crowdpleaserem, twórcy bardzo dawkują nam lukier - i chwała im za to. Ciekawym zabiegiem jest także zestawienie działań bohaterki z poczynaniami jej nieobecnego ojca, który lata temu zostawił rodzinę. Szanse na Złote Lwy: niewielkie, według mnie możliwa jest nagroda za debiut aktorski dla wcielającej się w główną rolę Magdaleny Wieczorek.

"Johnny": Dawid Ogrodnik jako ksiądz Jan Kaczkowski

Z kolei rozczarowaniem okazał się "Johnny", oparty na życiu księdza Jana Kaczkowskiego debiut Daniela Jaroszka. Film ukazuje ostatnie lata życia duchownego z perspektywy jego znajomości z Patrykiem (Piotr Trojan) - drobnym przestępcą, któremu pomógł wyjść na prostą. Przed seansem moje największe obawy budził wcielający się w Kaczkowskiego Dawid Ogrodnik - niezwykle utalentowany aktor, który czasem nie potrafi pozbyć się irytującej maniery zamanifestowanej po raz pierwszy w "Ostatniej rodzinie", a doprowadzonej do nieznośności w "Ikarze. Legendzie Mietka Kosza". Moje obawy nie zostały na szczęście potwierdzone - Ogrodnik jest najmocniejszym punktem produkcji.

Gorzej ze scenariuszem i reżyserią. "Johnny" w teorii ma być filmem ku pokrzepieniu serc i traktować o trudnych tematach z humorem. Dla mnie szybko stał się nieznośny. Przeszkadzał zbędny narrator, opisujący, co właśnie czują bohaterowie i wyjaśniający ich motywacje. Twórcy często ocierali się o kicz - przede wszystkim w scenach przedstawiających śmierć kolejnych postaci. Zabrakło tutaj wyważenia niektórych elementów, a także przycięcia rozłażącego się scenariusza - szczególnie w ostatnim akcie, który zdaje się nie kończyć.

Natomiast ostatni konflikt między Janem i Patrykiem wydaje się niewiarygodny. Co twórcom się udaje, to wywołanie emocji wśród publiczności. Wiele osób obecnych na premierowym pokazie śmiało się lub wzruszało w reakcji na wydarzenia na ekranie. Sam, nastawiony przecież do filmu sceptycznie, złapałem się dwa razy na przecieraniu oczu. Szanse na nagrody: jedynie w kategoriach aktorskich dla Piotra Trojana lub Dawida Ogrodnika.

"Apokawixa": Seks, alkohol i zombie

Jednym z najbardziej wyczekiwanych filmów była "Apokawixa" Xawerego Żuławskiego. Jak się tu nie ekscytować - jest to pierwszy wysokobudżetowy film o zombie, który przy okazji skupia się na problemach współczesnych młodych ludzi, na czele z katastrofą ekologiczną oraz następstwami pandemii koronawirusa. Jak się okazuje, "Apokawixę" można także zaliczyć do tzw. frat house comedy, czyli filmów przedstawiających poczynania grupy bohaterów przed i w trakcie epickiej imprezy (amerykańskie przykłady to m.in.: "Menażeria", "Akademia policyjna", "Sąsiedzi"). Niestety, "Apokawixa" nie sprawdza się w żadnej z tych konwencji.

Za długi wstęp zarysowuje na początku społeczne problemy, z którymi mierzą się bohaterowie. Nie wiadomo po co, bo wątki te nie mają znaczenia w dalszej części produkcji. Jako komedia imprezowa, film czasem bawi. Niestety, kilka udanych dowcipów to za mało, gdy za bohaterów ma się grupę pozbawioną charakteru, na którą nie ma się pomysłu. Postacie okraszone są jedną cechą - zaangażowana w strajk klimatyczny, cicha myszka, fan motoryzacji, osiłek itd. Jasne, w komediach imprezowych ze świecą szukać skomplikowanych postaci. Niemniej ich prostota służyła zwykle kreacji sympatycznej i charakterystycznej gromady.

Tutaj pole młodym bohaterom zabierają o wiele ciekawsze postaci drugoplanowe, jak grany przez Cezarego Pazurę strażnik miejski lub Sebastian Fabijański jako mieszkający w lesie dziwak. W końcu "Apokawixa" zawodzi jako film o zombie. Brakuje szaleństwa, którego moglibyśmy spodziewać się po autorze "Wojny polsko-ruskiej", nie mówiąc już o porządnym gore. To film o pełnej seksu i alkoholu imprezie, po którym... nie chcemy iść się bawić, tylko położyć spać. Cieszę się, że polskie kino idzie w coraz bardziej niszowe gatunki i skupia się na współczesnej młodzieży. Szkoda, że tym razem nie wykorzystano tkwiącego w filmie potencjału.

Podczas dwóch pierwszych dni 47. FPFF w Gdyni nie natrafiłem jeszcze na swoje "odkrycie". Nie tracę jednak nadziei - wiem, że gdyński konkurs (i polskie kino) lubi zaskakiwać. Po dwunastu obejrzanych filmach nie trafiłem jeszcze na taki, który moim zdaniem zasługiwałby na Złote Lwy.

Jakub Izdebski, Gdynia

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL