Reklama

47. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

Reklama

Największe skandale festiwalu filmowego w Gdyni

Największe emocje na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych wzbudza zazwyczaj werdykt jury. Zanim przekonamy się, kto w tym roku otrzyma Złote Lwy, przypomnijmy największe skandale w historii imprezy.

Największe emocje na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych wzbudza zazwyczaj werdykt jury. Zanim przekonamy się, kto w tym roku otrzyma Złote Lwy, przypomnijmy największe skandale w historii imprezy.
Anna Mucha i Cezary Pazura byli bohaterami gdyńskich skandali /Rafał Maciąga/ Paweł Babala /Agencja FORUM

Podczas festiwalu w 1996 roku Gdynią wstrząsnęła głośna decyzja jury, które zdecydowało o nieprzyznaniu Złotych Lwów żadnemu z 19 filmów startujących w konkursie.

Gdynia bez Złotych Lwów! Skandaliczna decyzja jury?

"Uważam, że to był skandal. Koledzy wyszli przed szereg, generalnie niczego nie osiągając (...) Było to pogrożenie palcem, tylko nie wiadomo komu i w jaką stronę. Zanegowano zasadę konkurencji" - powiedział oburzony Filip Bajon, reżyser filmu "Poznań ‘56".

Juliusz Machulski rzucił zaś ze sceny: "Jeżeli sami się nie nagrodzimy, to nikt nas nie nagrodzi", nazywając decyzję jury "samobójem". Według reżysera, brak Złotych Lwów był wysłaniem sygnału, że "w kinematografii polskiej dzieje się źle, że się nie lubimy, i że nie mamy szacunku dla swojej pracy".

Reklama

"Złote Lwy to wysoko postawiona poprzeczka i trzeba sobie na nie zapracować" - bronił się członek jury, Stanisław Różewicz.

Kiedy 5 lat wcześniej festiwal zakończył podobny werdykt - w 1991 roku również nie przyznano Grand Prix - nastoje były jednak zgoła odmienne. Gdynia wyzwalała się dopiero z macek politycznych nacisków, a produkowane w Polsce filmy traktowano wciąż jako "pokłosie minionego systemu". Brak Złotych Lwów był więc odebrany nie jako samobójczy gol, tylko jak czerwona kartka pokazana Komitetowi Kinematografii za finansowanie byle jakich produkcji.

Cezary Pazura okradziony z nagrody?

Rok później murowanym faworytem do głównej nagrody aktorskiej był Cezary Pazura, który przywiózł do Gdyni aż 4 filmy - "Kilera", "Sztos", Sarę" i "Szczęśliwego Nowego Jorku". Decyzja jury o nagrodzeniu niemieckiego aktora Tila Schweigera - odtwórcy tytułowej roli w "Bandycie" Macieja Dejczera - wywołała oburzenie środowiska filmowego. 

Scenarzysta "Bandyty" Cezary Harasimowicz pamięta, że sporo aktorów w geście protestu wyjechało wtedy z Gdyni.

Niemieckiego aktora nie było na gali wręczenia nagród. Reżyser "Kilera", Juliusz Machulski, który decyzję o nagrodzeniu Schweigera nazwał "kolejną humorystyczną decyzją jury w historii festiwalu", przyznał, że do dziś nie jest pewien, czy niemiecki aktor wie, że w ogóle otrzymał nagrodę w Gdyni.

"Bez komentarza. Cała Gdynia" - podsumował werdykt Cezary Pazura. "Gratuluję panu Krzysztofowi Krauze, członkowi jury, który - nie wiedzieć czemu - uważał, że nawet jeśli nagroda mi się należy, to mi jej nie przyzna" - aktor nie ukrywał żalu.

Jak ujawnił reżyser "Bandyty", Maciej Dejczer, Til Schweiger przekazał honorarium za wygraną na dom dziecka. Nie wiadomo jednak, czy była to polska placówka czy niemiecka.

Smaczku całemu zamieszaniu dodaje fakt, że jeden z producentów "Bandyty", Lew Rywin, był sponsorem tej edycji festiwalu. Prezes telewizji Canal+ uratował bowiem wtedy trwającą w roku powodzi imprezę finansowym wsparciem.

"Dobry festiwal z kiepskim werdyktem"

W najnowszej historii Festiwalu Filmowego w Gdyni dwa Złote Lwy wywołały niemałą medialną awanturę.

Kiedy w 2008 roku "Mała Moskwa" Waldemara Krzystka wygrała festiwal kosztem "33 scen z życia" Małgorzaty Szumowskiej, nagłówki gazet krzykliwie szczebiotały o "kontrowersyjnych Złotych Lwach", krytycy zaczęli nadużywać słowa "skandal", a Agnieszka Holland głośno mówiła o "wstydzie", nazywając gdyńską imprezę "zapyziałą prowincją, wiochą i obciachem".

Nieco inne emocje towarzyszyły werdyktowi z 2003 roku, kiedy jury pod przewodnictwem Marka Koterskiego postanowiło nagrodzić debiut Dariusza Gajewskiego "Warszawa". Kontrowersje wzbudził nie tylko wybór laureata Grand Prix, lecz także radykalny pomysł, by zdobywcy Złotych Lwów przyznać - rzecz bez precedensu - również pozostałe kluczowe nagrody: za reżyserię i scenariusz.

"Dobry festiwal z kiepskim werdyktem" - zawyrokował nestor polskiej krytyki filmowej Jerzy Płażewski. Pojawiły się sugestie, jakoby jury działało pod naciskiem Telewizji Polskiej. Marek Koterski był oburzony tymi insynuacjami. Reżyser "Warszawy" Dariusz Gajewski pamięta, że po ogłoszeniu werdyktu zapanowała nieprzyjemna atmosfera "Wszyscy mieli do mnie pretensje, że dostałem tak wiele nagród. Pytałem, czy widzieli mój film. Najczęściej odpowiedź brzmiała - nie".

Kinowa premiera "Warszawy" miała miejsce niecałe dwa miesiące później. "Kiedy ludzie obejrzeli wreszcie film, sytuacja się zmieniła. Odebrałem setki telefonów z przeprosinami" - przyznał Gajewski. "Złe werdykty weryfikuje publiczność, a nie festiwalowi goście" - dodawał członek jury, Piotr Trzaskalski.

Anna Mucha, czyli "plecy i dowcipy"

W 2006 roku festiwal rozpoczął się od prawdziwej "bomby", jaką była zmiana głównej prowadzącej spotkania w gdyńskim Teatrze Muzycznym.

"Podjęliśmy decyzję o zakończeniu współpracy, gdyż uznaliśmy, iż formuła prowadzenia, zaprezentowana przez panią Annę Muchę, nie pasuje do takiego wydarzenia, jakim jest festiwal. Prowadzący to osoba, która prezentuje twórców filmów i to oni są tutaj na pierwszym planie" - tłumaczył dyrektor artystyczny imprezy Mirosław Bork.

Mucha "odleciała" już na gali otwarcia imprezy, którą prowadziła do spółki z Maciejem Orłosiem, kiedy w humorystyczny sposób komentowała startujące w konkursie tytuły.

Przykład? Kiedy wspomniała o filmie "Francuski numer", dodała: "Proszę nie mylić z francuskim numerkiem, po którym można się spodziewać o wiele więcej". Kolejnego dnia nie było lepiej: "Już nie będę przynudzać, bo na tym filmie i tak pośniecie" - tymi słowami zapowiedziała jedną z projekcji.

Muchę "zabiła" wtedy Dorota Stalińska, która z furią wkroczyła na scenę i piętnując "plecy oraz dowcipy" prowadzącej (Mucha miała na sobie kreację odsłaniającą plecy aż do miejsca, w którym tracą one swą nazwę), wspomniała o obchodzonej w ten dzień 5. rocznicy ataku na World Trade Center.

"Kiedy jechałam tu samochodem, przez cały dzień słuchałam w radiu wspomnień o tym strasznym ataku. Pomyślałam nawet, że organizatorzy specjalnie wybrali 11 września na początek festiwalu, by w jakiś sposób odnieść się to tej tragedii. Zamiast tego oglądamy plecy i słuchamy jakichś dowcipów" - Stalińska nie kryła oburzenia, a publiczność - szczególnie po wspomnieniu pleców prowadzącej - nagrodziła ją burzą oklasków.

Muchę zastąpiła wtedy Tamara Arciuch (wówczas Tamara Arciuch-Szyc), ale organizatorzy imprezy zapewnili, że aktorka nie stała się persona non grata i mogła dalej zabawiać festiwalowych gości, ale już przy barowych stolikach, nie na scenie Teatru Muzycznego.

Wojciech Smarzowski nie odebrał nagrody prezesa TVP za "Wołyń"

Podczas gali wieńczącej Festiwal Filmów Fabularnych w Gdyni w 2016 roku Jacek Kurski przyznał filmowi "Wołyń" Nagrodę Specjalną Prezesa TVP w wysokości 100 tys. złotych.

"Ten film po raz pierwszy przywraca cześć, godność i honor ofiarom rzezi wołyńskiej" - stwierdził Kurski. "'Wołyń' jest najważniejszym w ostatnich 27 latach wolnej Polski przykładem polskiego kina historycznego. Żaden z powstałych w tym okresie filmów historycznych nie ma tej świeżości, błysku, artyzmu, co 'Wołyń'" - dodał prezes TVP.

Nagroda miała jednak zostać wręczona nie na gali kończącej Festiwal Filmowy w Gdyni, tylko tuż po niej. Wojciech Smarzowski nie zgodził się jednak na przyjęcie wyróżnienia prezesa TVP.  

Reżyser "Wołynia" w rozmowie z Radiem TOK FM zaznaczył, że przyjąłby tę nagrodę, gdyby wręczano ją na scenie podczas uroczystości, a pieniądze przekazał którejś z fundacji wołyńskich.

"Zaskoczyło mnie, że pan Kurski nie chciał zrobić tego na scenie, tylko po ceremonii, co wydaje mi się kłopotliwe i dziwne. Bardzo ważne jest dla mnie, żeby mój film nie był wykorzystywany w żadnych rozgrywkach politycznych" - powiedział Smarzowski i podkreślił, że nagrody z rąk prezesa TVP nie odbierze.

"Żadnej nagrody [z rąk prezesa Kurskiego] nie odebrałem, i nie odbiorę" - deklarował reżyser.

Ostatecznie nagrodę odebrali producenci "Wołynia" - Dariusz Pietrykowski i Andrzej Połeć.

Według Smarzowskiego, producentom filmu zależało "na załagodzeniu nieporozumienia z reżyserem i zamknięciu umów z koproducentem TVP". Reżyser dodał, że producenci "Wołynia" mają przekazać pieniądze na dwie fundacje - jedną, która zajmuje się ekshumacjami i odnajdywaniem grobów pomordowanych na Kresach Polaków, a drugą dla fundacji, która upamiętnia Ukraińców, którzy ratowali z rzezi Polaków.

"Solid Gold": Cenzura na festiwalu w Gdyni?

Film Jacka Bromskiego "Solid Gold" był jedną z najgłośniejszych premier kinowych w 2019 roku. Produkcja odsłania kulisy pracy policji i służb specjalnych oraz posiada liczne nawiązania do afer z okresu rządów koalicji PO-PSL, w tym słynnej Amber Gold. Premierę obrazu poprzedziło niespotykane dotąd w polskim kinie zamieszanie: podejrzenia o polityczne wykorzystanie dzieła, nagłe usunięcie filmu z programu festiwalu w Gdyni, konflikt reżysera Jacka Bromskiego z TVP i prezesem Jackiem Kurskim.

Początkowo TVP była współproducentem i dystrybutorem filmu. Michał Kwieciński - szef Akson Studio, w którym powstał obraz - zdradził, że Jackowi Kurskiemu bardzo zależało na wprowadzeniu filmu do kin. Przyznał również, że prezes TVP przeforsował zmianę tytułu na "Solid Gold".

Kolejna afera rozpoczęła się po dwóch miesiącach. 17 września 2019 roku dyrektor festiwalu filmowego w Gdyni, Leszek Kopeć, oświadczył, że prośbę producenta, Akson Studio, film Bromskiego (wcześniej przyjęty) został wycofany z Konkursu Głównego z walki o Złote Lwy, ponieważ "nie przeszedł kolejnej kolaudacji". Następnie Telewizja Polska S.A. rozwiązała umowę koprodukcyjną na film, zawartą z Akson Studio.

"Jacek Bromski w wyniku politycznego nacisku i środowiskowej psychozy wyciął kluczowe sceny nawiązujące do afery Amber Gold, wstawione już do filmu, który w końcu stycznia 2019 roku osobiście, z satysfakcją dostarczył i zaprezentował w Telewizji Polskiej. (...) Reżyser oszukał telewizję i potencjalnych widzów" - brzmiał komunikat TVP.

"Rozumiem, że skoro nie wyraziłem i nadal nie wyrażam zgody na przemontowanie filmu i jego propagandowe wykorzystanie przed wyborami, TVP SA wywarło nacisk na producenta filmu, aby wycofać mój film ze wszystkich zaplanowanych pokazów festiwalowych, także z tych, na które bilety zostały już sprzedane. Bardzo żałuję, że festiwalowa publiczność nie będzie mogła zobaczyć filmu w nieocenzurowanej wersji" - napisał w odpowiedzi Jacek Bromski.

Film ostatecznie został pokazany na festiwalu w Gdyni, ale już nie w Konkursie Głównym, tylko na jednym z pokazów specjalnych

----------------------

Większość wykorzystanych w tekście cytatów pochodzi z książki "A statek płynie... 30 lat Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych Gdańsk-Gdynia" (Fundacja KINO, 2005).

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Gdynia 2022

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL