Reklama

46. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

Reklama

Gdynia 2021: Inni ludzie

Kolejny dzień Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni zaowocował w końcu produkcjami podejmującymi współczesną tematykę. Zarówno "Wszystkie nasze strachy" Łukasza Rondudy i Łukasza Gutta, jak i "Inni ludzie" Aleksandry Terpińskiej to niezwykle interesujące projekty, które łączy nie tylko podobny typ będącego na marginesie społecznym bohatera, lecz także przewrotne wykorzystanie religijnej symboliki.

Magdalena Koleśnik i Jacek Beler w scenie z "Innych ludzi"

Jednym z najlepszych filmów tegorocznej Gdyni pozostaje ekranizacja książki Doroty Masłowskiej "Inni ludzie", której podjęła się debiutująca w pełnym metrażu Aleksandra Terpińska ("Najlepsze fajerwerki ever"). To druga, po zrealizowanej 12 lat temu "Wojnie polsko-ruskiej" Xawerego Żuławskiego, próba przełożenia na język filmu karkołomnej prozy Doroty Masłowskiej. Debiutująca reżyserka podjęła się niełatwego zdania stworzenia współczesnej ekranowej rapsodii. Z akcentem na rap.

"Inni ludzie", czyli byłaś serca bitem

W efekcie otrzymujemy zachowujący melodeklamowaną frazę Masłowskiej osobliwy teledysk, rodzaj imponującego hiphopowego wideoklipu, którego bohaterem jest początkujący raper, pozbawiony perspektyw społeczny outsider (imponujący Jacek Beler), nawiązujący romans z dziewczyną z Rossmana (żywiołowa Małgorzata Koleśnik). Film Terpińskiej, podobnie jak książka Masłowskiej, jest imponującym formalnie obrazotokiem, w którym funkcję narratora i towarzysza głównego bohatera pełni grany przez Sebastiana Fabijańskiego... Jezus (w czapeczce z daszkiem i fragmentami korony cierniowej).

Reklama

W kolejnych, przeznaczonych dla dorosłego widza scenach (film rozpoczyna się od ostrzegawczej planszy, wyczulającej na drastyczne treści) towarzyszymy bohaterowi Belera w mrocznej, napędzanej narkotykami i bitami wędrówce po nocnej Warszawie. Zdecydowana większość ścieżki dialogowej "Innych ludzi" to  rapowe melodeklamacje, Terpińska wkłada je nie tylko w usta swoich bohaterów i granego przez Fabijańskiego Jezusa (bluźnierstwo), lecz także pozwala komentować ekranowe wydarzenia również innym postaciom (m.in. granej przez Marka Kalitę i Sonię Bohosiewicz parze bogaczy). Każda z gwiazd filmu musiała być nie tylko wytrawnym aktorem, lecz także wrażliwym na rytm wypowiadanych fraz wykonawcą.

W efekcie otrzymujemy błyskotliwie zrealizowaną, żonglującą popkulturowymi kontekstami gwałtowną opowieść o samotności w wielkim mieście, która, jak "Najmro" Marcina Rakowicza, odświeża mocno skostniałą konwencję tradycyjnej filmowej narracji. Brawurowe podejście Terpińskiej zamyka jednak "Innych ludzi" w hermetycznym klinczu - nijak nie widzę, by ten osobliwy musical miał szansę na znalezienie szerszej widowni. Z tego też powodu najprawdopodobniej zostanie pominięty podczas sobotniego werdyktu.

"Wszystkie nasze strachy": LGBT i Kościół

"Wszystkie nasze strachy" Łukasza Rondudy i Łukasza Gutta to oparta na faktach historia Daniela Rycharskiego (w tej roli Dawid Ogrodnik) - mieszkającego na wsi artysty, który nie kryjąc swojego homoseksualizmu, pozostaje aktywnym członkiem Kościoła (w filmie należy do oazy Tęcza Chrystusa). Kluczowym momentem fabuły jest samobójcza śmierć szykanowanej przez miejscową społeczność nastoletniej lesbijki - traumatyczne wydarzenie prowokuje Dawida do próby zorganizowania drogi krzyżowej w intencji zmarłej przyjaciółki. Szybko okazuje się jednak, że główny bohater skonfrontowany zostanie z doświadczeniem bolesnego społecznego wykluczenia.

Najciekawszym aspektem "Wszystkich naszych strachów" jest niezwykle aktualna refleksja nad wzajemnymi relacjami między przedstawicielami mniejszości seksualnych a praktykującymi katolikami. Łukasz Ronduda przyznał w Gdyni, że bezpośrednią inspiracją do powstania filmu były artystyczne prace Daniela Rycharskiego, sam artysta potwierdził zaś, że pomysł fabularnej biografii potraktował jako kolejny artystyczny projekt. Są więc "Wszystkie nasze strachy" nie tylko dziełem poświęconym pamięci wszystkich tęczowych samobójców, lecz także świadectwem cichego krzyku rozpaczy środowisk LGBT w obliczu dotkliwego wykluczenia przez Kościół.

Gorąca medialnie tematyka "Wszystkich naszych strachów" czyni z dzieła Rondudy i Gutta jeden z najżywiej dyskutowanych tytułów tegorocznej stawki. Kontrowersje z pewnością wywoła włączenie w strukturę filmu religijnej symboliki - od quasisakralnej muzyki Marcina Lenarczyka, przez kluczowe dla fabuły wykorzystanie krzyża - główny bohater konstruuje go z drzewa, na którym powiesiła się samobójczyni. Finałowe ujęcie - widok wielu krzyży, upamiętniających niepotrzebne ofiary - wybrzmiewa jak wizualne memento, artystyczna przestroga.

"Sonata": Aktorski tercet do muzyki Beethovena

Pozytywnym zaskoczeniem okazał się także seans "Sonaty" Bartosza Blaschkego - biograficznej opowieści opartej na biografii Grzegorza Płonki, pochodzącego z Murzasichla chłopca, który przezwycięża słuchową niepełnosprawność, by spełnić marzenie o pianistycznej karierze. W głównego bohatera brawurowo wciela się debiutujący na kinowym ekranie Michał Sikorski (śmiem twierdzić, że to poważny kandydat do głównej nagrody aktorskiej), któremu w wyrazistych, przejmujących kreacjach towarzyszą grający ojca Łukasz Simlat i wcielająca się w jego żonę Małgorzata Foremniak.

Trudny realizacyjnie temat opowieści o niepełnosprawnym bohaterze debiutujący w pełnym metrażu Bartosz Blaschke umiejętnie rozegrał, obdarzając swój film szczyptą nieoczywistego poczucia humoru - dostrzeżemy go nie tylko w imponująco przekonującej kreacji Sikorskiego, lecz także w dynamice ekranowych kontaktów między rodzicami niepełnosprawnego pianisty. Mimo iż "Sonata" to koniec końców klasyczny wyciskacz łez, nie sposób nie docenić solidnej realizatorskiej roboty, z wyczuciem balansującej na cienkiej granicy między fikcją a rzeczywistością.

Blaschke, doświadczony telewizyjny scenarzysta (m.in. "Na dobre i na złe", "Na sygnale"), celowo przekracza tę linię w finałowej sekwencji publicznego wykonania "Sonaty Księżycowej", kiedy nagle zamiast Michała Sikorskiego widzimy za fortepianem samego Grzegorza Płonkę. "Sonata", bardziej niż filmem o przekraczaniu granic ludzkich ograniczeń, okazuje się jednak rodzinnym portretem wyrzeczeń - przejmujące, pełne życia kreacje Małgorzaty Foremniak i Łukasza Simlata nie odbierają im szans na drugoplanowe nagrody aktorskie.

Złoty Klakier: "Hiacynt" najdłużej oklaskiwanym filmem festiwalu

Tegoroczna publiczność dość niemrawo oklaskuje w Teatrze Muzycznym konkursowe filmy - wystarczy rzut oka na tabelę rankingu Radia Gdańsk, by dostrzec, że tylko trzy owacje trwały dłużej niż jedną minutę. Ciepłe przyjęcie "Powrotu do Legolandu" Konrada Aksinowicza (2 minuty 25 sekund) wynika zapewne z terapeutycznego, pełnego autobiograficznych odniesień charakteru filmu, z kolei "Najmro" (5 minut 4 sekundy) już przed festiwalem można było w ciemno obstawiać jako faworyta publiczności.

Zdecydowana przewaga obecnego lidera rankingu - "Hiacynta" Piotra Domalewskiego (ponad 8 minut braw) - jest jednak sporą niespodzianką. Mam jednak wrażenie, że po czwartkowych seansach "Wszystkich naszych strachów", "Innych ludzi" oraz "Sonaty", podium rywalizacji o Złotego Klakiera może zostać wywrócone do góry nogami.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Gdynia 2021

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje