Reklama

44. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

Gdynia 2019: Majewscy

Trzeciego dnia Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni można było zobaczyć nowe filmy twórców, których łączy nie tylko fakt bycia legendami rodzimego kina, ale też... to samo nazwisko. Który z Majewskich wypadł lepiej: Janusz z "Czarnym Mercedesem" czy Lech z "Doliną Bogów"?

Artur Żmijewski i Maria Dębska w filmie "Czarny Mercedes"

Ten pierwszy zekranizował swoją wydaną w 2016 roku powieść pod tym samym tytułem. "Czarny Mercedes" Janusza Majewskiego to historia śledztwa prowadzonego w 1942 roku przez komisarza tzw. Granatowej Policji Rafała Króla (Andrzej Zieliński). Inspektor ma znaleźć mordercę Krystyny (Maria Dębska), pięknej żony mecenasa Karola Holzera (Artur Żmijewski). W toku śledztwa na jaw wychodzą tajemnice osób z otoczenia prawnika, w tym m.in. jego małżonki, która okazuje się ukrywaną przez Holzera Żydówką - jego byłą studentką, a także zaprzyjaźnionego z nim wysoko postawionego oficera SS, Maximiliana von Fleckensteina (Aleksandar Milićević).

W sprawę zamieszani są też piękna pokojówka Holzerów Cesia (Natalia Rybicka), hrabia erotoman Leon (Andrzej Seweryn), cieć Klamocki (Przemysław Bluszcz), a także student Jędrek (Łukasz Sikora). Gdy śledztwo się przedłuża, włącza się w nie także radca niemieckiej policji kryminalnej - Ernst Kluge (Bogusław Linda). Nazwiska robią wrażenie, prawda? A nie wymieniłem nawet połowy gwiazd, które pojawiają się w "Czarnym Mercedesie", czasem nawet na trzecim planie. Jak widać, gdy Janusz Majewski kręci kolejny film ciężko się mu odmawia... Pyszny jest zwłaszcza epizod Seweryna, który jako rubaszny podglądacz kradnie wszystkie sceny, w których się pojawia.

Reklama

Obsada to oczywiście nie jedyne, co wyróżnia ekranizację popularnego kryminału. Jako że akcja dzieje się w czasie drugiej wojny światowej, reżyser zabiera nas w podróż m.in. po mieszkaniach inteligencji, biurach policji i szykownych lokalach w getcie żydowskim, z dumą prezentując rozmach scenograficzny i kostiumowy swojego filmu. Majewski jest na tyle doświadczonym twórcą, że wie, jak wykorzystać budżet rzędu niemal 15 milionów złotych. 88-latek wciąż potrafi też zaskoczyć. Dawno na żadnym polskim filmie, nie widziałem tak śmiałych erotycznych scen, Maria Dębska pokazała tu wszystkie zalety swojego ciała i to kilkakrotnie.

Sęk w tym, że "Czarny Mercedes" to przede wszystkim kryminał, a pod tym względem z pewnością nie udało się osiągnąć wszystkich postawionych przed początkiem zdjęć celów. Sama intryga nie uwodzi, zamiast na śledztwie reżyser skupia swoją uwagę na pobocznych wątkach, które nic do niego nie wnoszą, a szczególnie rozczarowujące jest zwłaszcza jej rozwiązanie. Niezbyt sprawdza się także bardzo klasyczny filmowy język, jakim przemawia Majewski. Podziwiam nestora polskiego kina za to, że wciąż mu mało i nie ma zamiaru odchodzić na zasłużoną emeryturę, ale nie trafiają do mnie jego zrealizowane przez ostatnią dekadę produkcje (jeszcze "Mała matura 1947" i "Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy"). Jednocześnie przypominam, że obie wyjechały z Gdyni z prestiżowymi nagrodami, więc nie wykluczam, że tak też będzie w przypadku "Czarnego Mercedesa".

Nie przekonuje mnie też nowy film Lecha Majewskiego "Dolina Bogów". Projekt, który u podstaw ma legendę plemienia Navajo o bogach zamkniętych w skałach tytułowej doliny, jest bardzo ambitny i z pewnością wykracza ponad klasycznie pojęte dzieło filmowe, przypominając współczesną baśń dla dorosłych osadzoną w realnym świecie. Ten pełen metafor obraz zawodzi jednak na najprostszym z poziomów, jest zwyczajnie nieinteresujący dla odbiorcy.

Podobnie jak każdy z ostatnich filmów reżysera, "Dolina Bogów" pełna jest metafor i ukrytych sensów. W odróżnieniu od np. "Oniricy", daje się jednak ujarzmić za pomocą zwięzłego streszczenia. Bohaterami produkcji są pisarz i copywriter John Ecas (Josh Hartnett), najbogatszy człowiek na świecie Wes Tauros (John Malkovich), o którym ten pierwszy stara się napisać biografię, oraz wynajęta przez miliardera piękność (Bérénice Marlohe), która ma za zadanie wcielić się w rolę jego tragicznie zmarłej żony... W tle jest jeszcze historia tytułowego miejsca, które Tauros zamierza wykupić od Indian i wykorzystać według własnych potrzeb.

Ten ostatni wątek daje Majewskiemu najwięcej możliwości na pogłębienie dzieła. Zwłaszcza gdy zostaje on poszerzony o rodzące się ze skały... dziecko, którego zadaniem jest obrona rdzennych terenów Indian przed najeźdźcą. To zresztą nie wszystko. Jest też ogrodowa galeria ludzkich rzeźb, reprezentujące różne profesje osoby zamknięte w klatkach, indiańskie czary, odlatujące na wietrze kartki... Słowem metafora goni metaforę. Wszystkie jednak mocno czytelne i niestety często nachalne, a z pewnością zupełnie niepotrzebne. I bez nowego filmu Lecha Majewskiego wiemy, że niszczymy naturę na rzecz pogoni za pieniądzem, a ten ostatni nie sprawi, że odzyskamy straconych bliskich. Wiemy też, że żadna działalność zawodowa, z tworzeniem dzieł sztuki włącznie, nie jest ważniejsza od miłości i szczęścia w życiu.

A tymczasem właśnie taką lekcję dostajemy podczas seansu "Doliny Bogów", filmu przesadnie wydłużonego, trudnego w odbiorze - i nie mam na myśli podziału na rozdziały czy achronologię (spora część widzów opuszczała zresztą salę kinową na różnym etapie projekcji), i z pewnością nie mogącego uchodzić za dzieło spełnione. I to pomimo gwiazd światowego kina w obsadzie, znakomitej muzyki Jana A.P. Kaczmarka czy pięknych zdjęć autorstwa samego Majewskiego i Pawła Tybory.

Podobnie jak w "Czarnym Mercedesie", retro stylizację odnajdziemy też w kolejnym filmie walczącym o Złote Lwy, a mianowicie "Panie T." Marcina Krzyształowicza. Początkowo miała to być biografia legendarnego pisarza Leopolda Tyrmanda, ale ze względu na konflikt z rodziną aktora wszystkie wątki zaprezentowane na ekranie są wymyślone. Przynajmniej tak zapewnia plansza pokazana przed rozpoczęciem właściwej akcji filmu.

Nie zmienia to jednak faktu, że grany przez dawno niewidzianego na dużym ekranie Pawła Wilczaka tytułowy Pan T. to inteligent i literat, który w Warszawie roku 1953 ma problemy z napisaniem kolejnego dzieła. Nie przez kryzys twórczy jednak, lecz cenzurę, która zablokuje wszystko, co stworzy ten mający łatkę wywrotowca autor. Dlatego T. musi utrzymywać się z korepetycji, dawanych m.in. pięknej maturzystce, z którą łączy go płomienny romans. A żeby jego twórcze ego nie zanikło, pozwala podpisywać się pod swoimi tekstami mieszkającego obok niego w pokoju dla literatów początkującemu dziennikarzowi (Sebastian "Stanki" Stankiewicz). Ten ostatni nie ma czasu, talentu zresztą też nie, na pisanie, gdyż musi nieustannie podsłuchiwać i śledzić T. Na zlecenie UB oczywiście.

Uznanemu pisarzowi daleko jednak do wywrotowca, a najwięcej kontrowersji wzbudza fakt, że planuje napisać o wysadzeniu Pałacu Kultury i Nauki. Kontrowersji nie wzbudza też nowy film Krzyształowicza, gdyż poza przywróceniem polskiemu kinu Pawła Wilczaka nie ma w nim niestety nic interesującego. Głównie dlatego, że fabularnie ta czarno-biała retro stylizacja jest po prostu nużąca. To w zasadzie nie film, a kilka rodzajowych scenek. Tu piękne gołe panie, tam sikający obok towarzysz Bierut, jeszcze gdzie indziej znane twarze polskiego kina na trzecim planie. Co z tego, skoro niczemu to nie służy.

Widać, że Krzyształowicz miał środki i możliwości, aby stworzyć udaną tragikomedię o rzadko prezentowanym w polskim kinie czasie, jakim jest pierwsza połowa lat 50. minionego wieku, a oglądając jego nowe dzieło ma się wrażenie, że zapomniał zabrać na plan scenariusza. W twórczości tego reżysera dostrzegalny jest zresztą spory regres. Po bardzo udanej "Obławie", przyszła o wiele słabsza "Pani z przedszkola" i zupełnie nieudany "Pan T." Może czas powrócić do kina gatunkowego, gdzie ewidentnie reżyser odnajduje się lepiej.

Krystian Zając, Gdynia


INTERIA.PL

Reklama