Reklama

44. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

"Słodki koniec dnia" [recenzja]: Za dużo

"Słodki koniec dnia", nowy film Jacka Borcucha, podejmuje szereg najbardziej palących problemów współczesnego świata. Polscy filmowcy często uginali się pod ich ciężarem (między innymi Agnieszka Holland w swoich ostatnich dziełach). Także tutaj reżyser często nie spełnia swych ambicji. Na szczęście pozostałe aspekty jego filmu rekompensują niedoskonałości produkcji.

Krystyna Janda i Kasia Smutniak w filmie "Słodki koniec dnia"

Maria Linde (Krystyna Janda) jest uznaną poetką i laureatką literackiego Nobla. Z powodów politycznych musiała opuścić Polskę w czasach komunizmu. Teraz mieszka w nadmorskiej miejscowości we Włoszech razem z mężem Antonio (Antonio Catania), córką Anną (Kasia Smutniak) i wnukami.

Reklama

Bohaterka osiągnęła już wszystko w swojej profesji. Teraz dni upływają jej na życiu rodzinnym, uroczystych kolacjach oraz pogawędkach z rodziną i przyjaciółmi podczas wspólnego raczenia się marihuaną. Jej spokój zostaje wkrótce zburzony. W mieście, podobnie jak w całej Europie, narastają nastroje nieprzychylne imigrantom. Tymczasem Maria nie może oderwać myśli od młodego Egipcjanina.

Chociaż najnowszy film Borcucha trwa tylko niewiele ponad półtorej godziny, zawartych w nim wątków i przeskoków gatunkowych starczyłoby przynajmniej na drugie tyle. Niestety, reżyser raz radzi sobie z tym natłokiem bardzo sprawnie, innym razem gubi się w nawale historii. W jednej scenie zaskakuje widza, by w kolejnej zirytować go.

Twórca sięga po melodramat, thriller, pojawiają się także elementy politycznego i społecznego manifestu. W tych ostatnich tkwią główne bolączki "Słodkiego końca dnia". Wydają się one wynikać z wątku, z którym wiązane były największe ambicje. Zbyt często padają tu jednak oczywistości sprzedawane jako recepty na wszelkie bolączki świata, a historia staje się nieznośnie patetyczna.

Tymczasem siła filmu Borcucha tkwi w lekkości jego najlepszych scen oraz swobodzie, z jaką przebiera on w gatunkach. Bardzo dobrze obrazują to pierwsze sekwencje w domu Linde - kolacja z okazji jej urodzin oraz późniejsze poszukiwania zaginionego wnuka. Sielanka na chwilę zmienia się w trzymający za gardło dreszczowiec. Jednak w dalszej części seansu film podejmuje coraz więcej ważnych tematów, a przez sposób ich ukazania dużo traci.

"Słodki koniec dnia" jest także pokazem aktorskich umiejętności Krystyny Jandy. Aktorka żongluje w nim językami, jednak jej największą siłą jest sprzedanie swej postaci - wciąż ciekawej świata artystki, która ma własne zdanie i nigdy nie boi się głośno go wyrazić.

Janda nie jest przy tym jak Meryl Streep, która ostatnio coraz częściej gra wyłącznie "na siebie" i zgarnia całość uwagi widzów. Tymczasem odtwórczyni roli Linde świetnie współpracuje z pozostałymi aktorami. Szczególnie dobrze wypada Kasia Smutniak w roli córki poetki, zmęczonej jej wieczną walką.

Najnowszy film Borcucha jest filmem nierównym. Niestety, kończy się zgrzytem w postaci bardzo oczywistej metafory. Szkoda, ponieważ pod wieloma względami "Słodki koniec dnia" jest dziełem niespotykanym na naszym rodzimym rynku. Chwali się także próbę podjęcia problemów współczesnej Europy - tematyki z jakiegoś powodu rzadko podejmowanej w polskiej kinematografii. Szkoda tylko, że efekt nie jest do końca satysfakcjonujący.

6/10

"Słodki koniec dnia", reż. Jacek Borcuch, Polska 2019, dystrybucja: Next Film, premiera kinowa: 10 maja 2019 roku.


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Słodki koniec dnia | Borcuch Jacek | Krystyna Janda