Reklama

43. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

Gdynia 2018: Nieudany "Kamerdyner"

"Kamerdyner" Filipa Bajona uroczyście otworzył tegoroczny Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Pozycja reżysera, temat produkcji, skala przedsięwzięcia - to wszystko tłumaczy, dlaczego filmem otwarcia został właśnie "Kamerdyner". Gdyby jeszcze tylko Filip Bajon stanął na wysokości zadania...

Marianna Zydek i Sebastian Fabijański - odtwórcy głównych ról w filmie "Kamerdyner" - na festiwalu w Gdyni 2018

Czy to znaczy, że "Kamerdyner" jest filmem nieudanym? Mało powiedziane. Trzeba mieć niesłychanie mocną pozycję w polskim kinie, żeby kilkanaście milionów złotych wydać na taką ramotę. Film jest nudny, pompatyczny, niespójny. 150-minutowy seans sprawia wrażenie niekończącej się udręki.

Reklama

Postękiwania, wyrazy zniecierpliwienia, wykrzywione z niesmakiem lub szyderczo uśmiechnięte twarze widzów - takie emocje dominowały podczas projekcji obrazu Bajona, który zmierzył się z interesującym i rzadko dotykanym tematem, ale nijak nie potrafił zainteresować nim odbiorcy.

"Kamerdyner" opowiada bowiem o losach Polaków, Kaszubów i Niemców na tle burzliwych wydarzeń pierwszej połowy XX stulecia. Akcja filmu rozpoczyna się w 1900 roku, gdy młoda Kaszubka umiera podczas porodu, wcześniej wydając na świat syna. Mateusza (Sebastian Fabijański) przygarnia hrabina von Krauss (Anna Radwan). Zdaje sobie sprawę, że to kolejne pozamałżeńskie dziecko jej męża, Hermanna (Adam Woronowicz). Młodzieniec, którego ojcem chrzestnym zostaje poważany wśród Kaszubów Bazylii Miotke (Janusz Gajos), wychowuje się wraz z dziećmi von Kraussów: Maritą (Marianna Zydek) i Kurtem (Marcel Sabat).

Wspólne dorastanie mocno zbliża do siebie Mateusza oraz Maritę. Mimo że otoczenie ze wszystkich sił stara się ich rozdzielić - chyba wszyscy poza nimi samymi wiedzą, że mają tego samego ojca - to tylko potęguje ich uczucie. W efekcie śledzimy ich kolejne rozstania i powroty aż do zakończenia II wojny światowej.

Trzeba przyznać, że na każdym kroku przejawia się epickość filmu Bajona. Zrealizowane z rozmachem zdjęcia, wzniosła muzyka, czołówka polskich aktorów w obsadzie - wszystko to pokazuje, że reżyser dysponował niemal nieograniczonymi środkami. Cóż jednak z tego, skoro zupełnie nie wiedział, jak należy je wykorzystać. Jednowymiarowe postacie (aktorsko bronią się jedynie Gajos i Radwan), brak emocjonalnie zaangażowania widza w epicką historię, brak podstawowej fabularnej logiki (Woronowicz wraca z I wojny światowej bez oka, po czym w cudowny sposób je odzyskuje)... Błędy można by wyliczać w nieskończoność. Tak filmów nie kręci się od dekad.

Rozumiem chęć realizacji swoistego opus magnum przez Bajona, zwłaszcza że fabuła dotyczy ważkich tematów, o których rzadko się w Polsce słyszy - w kinematografii chyba tylko Wojciech Smarzowski poświęcił uwagę cierpieniom Kaszubów. Sam Bajon już wielokrotnie podejmował zaś trudne relacje polsko-niemieckie, więc akurat w tym temacie jest z pewnością ekspertem. Cóż jednak z tego, skoro "Kamerdyner" zostanie raczej zapamiętany z fatalnych dialogów, infantylnych rozwiązań technicznych (gdy bohater otrzymuje list od ukochanej, widzimy ją i słyszymy z jej ust jego treść) czy słabego aktorstwa.

Jak to jest, że polską kinematografię stać na produkcję za niemal 20 milionów złotych, realizowaną przez ponad trzy lata, a cała masa ambitnych projektów, wartościowych scenariuszy, grzęźnie w szufladach z braku środków. Mam nadzieję, że film otwarcia tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni nie okaże się najgorszą z możliwych reklam rodzimej kinematografii.

Krystian Zając, Gdynia

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Kamerdyner (film)