Reklama

Gdynia 2011

Kontrowersyjna decyzja jurorów

Miało być tak pięknie, a skończyło się jak zawsze... Czy na drodze do uznania 36. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za w pełni udany, stanął na drodze jedynie kontrowersyjny werdykt jego jury?

Triumf Skolimowskiego

Reklama

Nie, ale moim zdaniem to czynnik decydujący, w wyniku którego ta impreza zostanie zapamiętana nie z powodu dobrego poziomu niemal wszystkich dwunastu obrazów, biorących udział w Konkursie Głównym, a właśnie pominięcia przez jurorów tych dzieł, które wzbudziły największe uznanie widzów, krytyków i dziennikarzy.

Wręczenie wszystkich najważniejszych nagród "Essential Killing" Jerzego Skolimowskiego spowodowało, że siłą rzeczy musiały odezwać się głosy, piętnujące wyróżnianie na najważniejszym festiwalu rodzimych filmów, produkcji: "tak mało polskiej". Argumentami krytyków ostatecznych rozstrzygnięć jury jest przede wszystkim fakt, że począwszy od tytułu, przez nazwiska aktorów (gwiazd kina zresztą) po temat, obraz twórcy "Czterech nocy z Anną" jest najmniej związanym z naszym krajem dziełem z całej 12. Konkursu Głównego.

Nie twierdzę, że zgadzam się z tymi tezami, ale idę o zakład, że werdykt byłby zupełnie inny, gdyby w skład jury wchodzili jedynie Polacy. Postawienie na międzynarodowy i aż 9-osobowy skład jurorski, na którego czele stał reżyser Paweł Pawlikowski (a jego członkami byli także reżyser operowy, filmowy i teatralny Mariusz Treliński, aktorka Maja Ostaszewska, pianista i kompozytor Leszek Możdżer, operator Ryszard Lenczewski, a także reżyser i scenarzysta Ari Folman, selekcjonerka Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Rotterdamie Ludmila Cwikova, pisarz i eseista Walter Kirn oraz wiceprezes Lakeshore Entertainment Robert McMinn), było moim zdaniem błędem.

Dlaczego? Ponieważ rozwarstwienie estetyczne, kulturalne czy światopoglądowe było pomiędzy jurorami za duże, aby mogli podjąć zadowalający wszystkich, mądry wybór. Potwierdzają to zresztą relacje o kłótniach i swadach pomiędzy jego członkami w trakcie tych najważniejszych głosowań - początkowo jawnych, a po jakimś czasie już tajnych i coraz bardziej zażartych.

"Essential Killing" wygrał, bo był według większości jurorów najbardziej uniwersalnym filmem, zrozumiałym praktycznie pod każdą szerokością geograficzną. W tym triumfie nie bez znaczenia był też z pewnością fakt, nagrodzenia obrazu Skolimowskiego na festiwalu w Wenecji. Kiedy bowiem inny polski obraz dostał tyle nagród na dużej międzynarodowej imprezie? Należało by najpewniej sięgnąć aż do "Pianisty" Romana Polańskiego...

Ten oskarżany przez wielu krytyków i dziennikarzy o zaściankowość, a nawet "podlizywanie się" Amerykanom werdykt, ma jednak jeszcze jeden, bodaj największy minus. W Gdyni ani jednej nagrody nie otrzymał najlepszy film festiwalu - "Róża" Wojciecha Smarzowskiego (doceniono jedynie grającego w nim główną rolę Marcina Dorocińskiego), a drugi w kolejności - "Wymyk" Grega Zglinskiego, doceniono jedynie za reżyserski debiut (choć to drugi obraz tego twórcy) i scenariusz (wyróżniono też za drugoplanową kreację w tym obrazie Gabrielę Muskałę).

Pech Smarzowskiego

Nie mam pojęcia na czym polega zwłaszcza pech Smarzowskiego, którego kolejni jurorzy pomijali też podczas 29. i 34. FPFF w Gdyni za kolejno "Weselę" i "Dom zły". Twórca "Róży" to moim zdaniem najlepszy obecnie polski reżyser, któremu w zaledwie czterech filmach (w tym jednym telewizyjnym), udało się stworzyć własny styl. Dzięki temu po prostu nie da się pomylić jego produkcji z obrazami innych polskich twórców, a ogromną siłą jego dzieł, w tym "Róży", jest między innymi to, że po prostu nie pozwalają o sobie zapomnieć.

Dla członków jury, przede wszystkim zagranicznego, jego najnowszy obraz okazał się jednak zbyt hermetyczny, niezrozumiały, trudny i podobno zupełnie do nich nie dotarł. Czy jednak ich zadaniem nie powinno być właśnie zaznajomienie się z niuansami danej produkcji, jej tematem, tłem historycznym, tak, żeby najzwyczajniej w świecie, jej nie skrzywdzić. Czy jako Polacy mamy pomijać filmy z Korei Południowej, RPA, Meksyku czy Nowej Zelandii, tylko dlatego, że nie wszystkie zawarte w nich treści są dla nas oczywiste...

Ogromną zaletą 36. FPFF były natomiast zmiany i innowacje wprowadzone przez nowego dyrektora artystycznego imprezy, Michała Chacińskiego. Największą z nich było z pewnością ograniczenie liczby filmów z Konkursu Głównego do zaledwie 12 tytułów. Dzięki temu widzowie nie byli narażeni na oglądanie miernych artystycznie tworów, których kilka znalazło się na zeszłorocznej imprezie. Tym samym już znalezienie się w grupie finałowej okazało się swego rodzaju marką, co udowadnia zresztą nagrodzenie aż dziesięciu (poza "Daas" Adriana Panka i "Italiani Łukasza Barczyka) ze wspomnianego tuzina produkcji. Czytaj recenzje wszystkich 12 filmów z Konkursu Głównego!

Nie zgadzam się z powtarzanymi przez niektórych zarzutami, że część filmów pokazanych w Panoramie Kina Polskiego powinna znaleźć się w Konkursie Głównym. Widziałem wszystkie dziewięć dzieł i żadne z nich nie zasługiwało na dodatkowe docenienie. Podobnie ma się zresztą sprawa z zaprezentowanym w Gdyni w ramach specjalnej projekcji "Uwikłaniem", obrazem prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich, Jacka Bromskiego, odnośnie którego także było sporo kontrowersji.

Fart Chacińskiego

Cieszy natomiast to, że ważnym elementem tegorocznej edycji FPFF był szereg wydarzeń związanych z praktyczną stroną kina. Organizatorzy ewidentnie postawili tym razem na spotkania widzów ze znanymi twórcami, dzięki czemu z jednej strony można było posłuchać, jak Andrzej Wajda i Janusz Morgenstern realizowali najsłynniejsze sceny w "Popiele i diamencie", z drugiej zobaczyć, na czym polegały trudności w realizacji słynnej "Sali samobójców" Jana Komasy czy "Młyna i Krzyża" Lecha Majewskiego.

Podobne spotkania odbyły się także z takimi tuzami kina, jak Krzysztof Zanussi czy Agnieszka Holland. Niestety, nie doszła do skutku lekcja kina, której udzielić miał Roman Polański (artysta miał również odebrać osobiście Platynowe Lwy za całokształt twórczości). Reżyser odwołał swój przyjazd, oficjalnie ze względu na zobowiązania zawodowe (kręci obecnie film "Carnage"), a szkoda, bo dzięki jego obecności festiwal zyskałby nie tylko artystycznie, ale i z pewnością medialnie.

Oczywiście, zdarzały się na imprezie w Gdyni wpadki, błędy organizacyjne i nie tylko, ale nie powinno to rzutować na obraz wyjątkowo udanego w tym roku święta polskiego kina. Szkoda tylko, że do poziomu tegorocznych filmów, wciąż nie potrafią zbliżyć się rodzime gwiazdy, które chyba nie do końca rozumieją swoją rolę na tego typu imprezach. Udzielanie wywiadów i pozowanie do fotografii, to nie są wyzwania przekraczające czyjekolwiek możliwości, a tym bardziej osób, które są tam głównie po to, by promować swoje nowe produkcje. A niedopuszczalne są już sytuacje, o jakich opowiadali niektórzy fotoreporterzy, wulgarnie i prostacko potraktowani przez kilku celebrytów...

Biorąc pod uwagę fakt, że nowy dyrektor artystyczny miał tylko kilka miesięcy na realizację swojej wizji festiwalu, tegoroczna Gdynia wypadła naprawdę okazale. Należy jednak zaznaczyć, że zadanie Chacińskiemu ułatwili filmowcy za sprawą swoich nowych produkcji, co zresztą sam podkreślił, mówiąc, że to był bardzo udany rok dla polskiego kina. Czy podczas 37. FPFF wciąż będzie miał tyle szczęścia?

Zobacz nasz raport specjalny GDYNIA 2011!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: juror