71. Festiwal Filmowy w Cannes

"Zimna wojna" [recenzja]: Kronika wypadków miłosnych

Czytam w zagranicznej i krajowej prasie, że "Zimną wojną" Paweł Pawlikowski udowadnia, że zasłużył na Oscara; że jest artystą totalnym, twórcą na poziomie światowym. Nieprawda. "Zimną wojną" Paweł Pawlikowski niczego nie udowadnia. Bo nic już udowadniać nie musi.

Joanna Kulig w filmie "Zimna wojna"

"Zimna wojna" i "Ida" są jak bliźniaczki, których nie rozróżni jedynie niewprawne bądź leniwe oko. Te dwa filmy są do siebie łudząco podobne, a jednocześnie tak różne. Ich zestawienie może wkrótce stać się ulubionym zadaniem stawianym przed studentami w szkołach filmowych. Wymień podobieństwa i różnice, rozpracuj strategię twórczą, która za nimi stoi. Czas, start. 

Reklama

Pawlikowski dołożył starań, żeby żadne przecieki na temat fabuły nie przedarły się do prasy przed canneńską premierą. Aktorzy Joanna Kulig i Tomasz Kot dochowali milczenia. Nie wiedzieliśmy o filmie nic. Weszliśmy do niego zupełnie pozbawieni przygotowania, oczekiwań i podpowiedzi.

Pierwsze wrażenie? Oczywiście, podobieństwo do "Idy". Znów czarno-białe zdjęcia Łukasza Żala, format 4:3, Agata Kulesza w obsadzie i Polska w stalinizmie. Z każdym kolejnym krokiem uwydatniają się jednak różnice, które pracują na zupełnie inną historię. Statyczna w "Idzie" kamera tutaj zabiera głos. Porusza się, ale nie zawsze, a jedynie wtedy, kiedy chce coś dodatkowego o świecie przedstawionym powiedzieć.

Każdy element filmowej gramatyki tak działa. Jak w zegarku - wszystko jest po coś. Nie ma miejsca na przypadek ani na samopas. Muzyka wypełnia ekran, ale każdy z utworów wnosi coś innego - ludowe pieśni, jazz, rock’n’roll rozbudzają emocje, a jednocześnie mają swoje osobne funkcje. Muzyka staje się formą buntu, opisem ekranowej rzeczywistości, etnograficzną ciekawostką, ucieczką przed rzeczywistością, komentarzem. Kapitalnie wypadają sceny, kiedy tęskne utwory mienią się całą gamą emocji, piękna, życia, ale obraz pozostaje czarno-biały. Ta feeria pozostanie już na zawsze przykryta szarością, tak samo jak uczucie głównych bohaterów.

Na tym polega prosty, ale jakże efektowny koncept filmu, w którym odnajdziemy to, co do niego wniesiemy. Dla jednych będzie to dojmująca opowieść o niemożliwym do zrealizowania uczuciu, dla innych - świadectwo miłości, która znajdzie swoje ofiary zawsze, nawet w czasach, kiedy zbliżenie się do siebie ludzi wydaje się niemożliwe, co nadaje filmowi aktualności. Dla bohaterów jedynie miłość nie jest banalna, w przeciwieństwie do polityki, kariery czy śmierci. Najbardziej zresztą "Zimną wojnę", tak samo jak wcześniej "Idę", cenię właśnie za to, jak różnicuje te kwestie.

Śmierć bohaterki granej przez Agatę Kuleszę w oscarowym filmie była jednym z najbardziej banalnych momentów, jej zwykłym krokiem, bez historii, bez wahania, bez ważenia racji. W "Zimnej wojnie" ten motyw powróci, wygrany zresztą łudząco podobnie. Bohaterom Pawlikowskiego łatwo zdecydować o byciu i niebyciu. To przecież proste, być albo nie być, zero albo jeden. O wiele trudniej podjąć decyzję dotyczącą trwania u czyjegoś boku; obecności, która wiąże się z odpowiedzialnością nie tylko za siebie. Pawlikowski te komplikacje wygrywa na przestrzeni lat. Uczucie jest stałe, zmieniają się jedynie okoliczności. To swoista kronika wypadków miłosnych, która zachwyciła m.in. Cate Blanchett i Guilermo Del Toro.

7,5/10

"Zimna wojna", reż. Paweł Pawlikowski, Polska, Francja, Wielka Brytania 2018, dystrybutor: Kino Świat, premiera kinowa: 8 czerwca 2018

Dowiedz się więcej na temat: Zimna wojna