69. Festiwal Filmowy w Cannes 2016

Tydzień z życia Jarmuscha i bezlitośnie wygwizdana Kristen Stewart

Na półmetku festiwalu zdarzyło się to, czego boi się każdy twórca filmu startującego w konkursie głównym imprezy - na napisach końcowych rozległy się niemiłosierne gwizdy. W taki sposób zakończyła się projekcja "Personal Shopper" Oliviera Assayasa, z Kristen Stewart w roli głównej. Nie zabrakło też objawień. Do tych zalicza się bez wątpienia najnowszy film Jima Jarmuscha "Paterson" z Adamem Driverem.

W Cannes wygwizdano film z Kristen Stewart

Jim Jarmusch w tym roku właściwie podbił Cannes. Pokazuje tu aż dwa swoje filmy. Dokument o Iggym Popie dopiero zobaczymy. Za to zmierzyliśmy się już z jego fabularnym "Patersonem", w którego obsadzie znaleźli się Adam Driver ("Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy) i Golshifteh Farahani ("Co wiesz o Elly?").

Reklama

Zapamiętajcie to nazwisko, bo o Persjance będzie niedługo bardzo głośno. Jest nie tylko zdolna, ale i zjawiskowo piękna. Nie dziwi więc, że znalazła się w obsadzie najnowszej części "Piratów z Karaibów". Zanim jednak zobaczymy ją u boku Johnny'ego Deppa, trzeba odnotować jej rolę w "Patersonie". Jako egzaltowana artystka ze skłonnościami do malowania czarnych figur geometrycznych na wszystkim (wliczając sukienki, firanki i obrazy) wypada przekonująco i niewinnie. Jak zresztą cały ten film poświęcony tragedii monotonii. Jarmusch przedstawia tydzień z życia mężczyzny.

Tytułowy bohater jest kierowcą autobusu, w którym drzemie dusza poety. Mimo artystycznych ciągot, nie decyduje się wystawić wierszy na widok publiczny. Pisze je do szuflady, przechowując na kartach swojego sekretnego notatnika, który odegra tu melodramatyczną rolę. Świetny jest ten film, bezceremonialnie portretujący dramat monotonii i rutyny, z którego tak bezsensownie próbujemy się wyrwać. Udało się Jarmuschowi stworzyć obraz słodko-gorzki, który wydaje się przede wszystkim peanem na cześć życia jako takiego. Reżyser pokazuje, że niezależnie od tego, czy historia zapamięta nas jako mistrza wypiekania muffinów, czy też kierowcę autobusu, i tak nie uciekniemy od małych rytuałów, których suma tworzy naszą tożsamość.

Jest w tym filmie scena przejmująca i piękna, kiedy bohater zostanie oderwany od kultywowania codziennego obrządku. I choć wydaje się, że zadziała tu efekt przerwanej nici Ariadny, tak się nie stanie. Dlaczego? O tym będzie można przekonać się za kilka tygodni w polskich kinach. Film ma już u nas dystrybutora.

Podobnie jak "Personal Shopper" Oliviera Assayasa. Decyzji rozpowszechniania tego filmu nad Wisłą, nie pochwaliłaby jednak większość obecnych na pokazie prasowym dziennikarzy, którzy niemiłosiernie go wygwizdali.

Żywiołowe reakcje na Lazurowym Wybrzeżu to norma. Niczym w popularnym teleturnieju, sukces mierzy się głośnością i długością oklasków. Czasem zdarzają się też gwizdy i buczenie, które w tym roku rozbrzmiały po raz pierwszy. A szkoda, bo "Personal Shopper" ma w sobie coś przyciągającego. Nie jest to na pewno dzieło wiekopomne, a w porównaniu z "Sils Marią", poprzednim filmem reżysera, w którym jedną z głównych ról zagrała również zdolna Kristen Stewart, to zdecydowanie krok w tył.

A jednak - horror, który rozgrywa się także na ekranie komórki, w SMS-ach wysyłanych przez ducha (?), ma w sobie nowoczesny koncept i intrygujące zawiązanie. Gorzej z rozwinięciem i rozwiązaniem, które trąci powtórką z rozrywki. Przetwarza pomysły, które wyczerpały się w poprzedniej dekadzie w filmach M. Nighta Shymalana. Krytycy obecni w Cannes nie mieli dla filmu cienia litości. W biurze prasowym parodiowano nawet sceny z unoszącą się szklanką.

Mieszane uczucia wzbudził natomiast najnowszy obraz Jeffa Nicholsa ("Uciekinier"). Amerykanin nabrał w ostatnim czasie wiatru w żagle. Dopiero co na Berlinale pokazał świetny "Midnight Special", by w Cannes przedstawić światu poprawnego "Loving". Tytuł to nazwisko głównego bohatera, który popełnia grzech, jakiego społeczeństwo amerykańskie w latach 60. nie wybacza - żeni się z czarnoskórą kobietą.

Film oparty jest na prawdziwych wydarzeniach, więc fabularny przebieg jest dobrze znany. Niestety, Nichols nie próbuje z tą historią zrobić nic więcej, jak tylko ją zrekonstruować. Forma, co prawda, jest aż nazbyt autorska - aktorzy grają w sposób pozbawiony emocji, muzyka ani zdjęcia również nie próbują ich narzucić. Jakbyśmy byli w laboratorium i oglądali spreparowaną sytuację. Nic w tym złego, kino z takiej metody korzystało nie raz. Ale tym razem twórca nie próbuje obnażyć uniwersalnych mechanizmów rasizmu, które wciąż działają na pełnej parze choćby w Polsce. Woli ograniczyć się do siły rażenia, którą niesie sama ta historia.

Efekt? Kino aż do znudzenia poprawne, pozbawione rysu, kontrowersji i wyrazu, powstałe jakby na zaliczenie w szkole filmowej. W indeksie twórcy pojawiłaby się "piątka", ale o tym dyplomie wszyscy zapomnieliby jeszcze przed wakacjami. W Cannes na statuetkę nie ma szans, ale niewykluczone, że pojawią się nominacje do nagród Akademii.

Artur Zaborski, Cannes

Dowiedz się więcej na temat: Cannes 2016