Reklama

Camerimage 2013

"Harry Potter"? Dziękuję, ale...

W porządku. Widzicie fotografię - nie poznajecie gościa. Nazwisko? Również nic wam to nie mówi. To teraz kilka tytułów: "Czekając na wyrok" (Oscar dla Halle Berry), "Marzyciel" (Oscar za muzykę dla Jana AP Kaczmarka), "007: Quantum of Solace", "World War Z"... Jedno jest pewne - Marc Forster to bez wątpienia jeden z solidniejszych reżyserów w Hollywood.

Z okazji wizyty na bydgoskim festiwalu Camerimage urodzonego w Niemczech twórcę Tomasz Bielenia pytał o to, dlaczego odrzucił propozycję reżyserii "Harry'ego Pottera", czy należy wierzyć w plotki, jakoby Brad Pit przestał z nim rozmawiać po zakończeniu realizacji "World War Z" oraz czy kiedykolwiek wróci do Szwajcarii, gdzie spędził dzieciństwo, by nakręcić tam film.

Reklama

Na projekcję towarzyszącą wręczeniu ci Nagrody dla Duetu Autor Zdjęć - Reżyser na festiwalu Camerimage (wspólnie z operatorem Roberto Schaeferem), wybrałeś "Chłopca z latawcem" z 2007 roku. Dlaczego właśnie ten obraz?

Marc Forster: - Nie chciałem pokazywać starszych filmów, ponieważ są to dość znane tytuły [reżyserowi chodziło o "Czekając na wyrok" i "Marzyciela"], dla publiczności Camerimage "Zostań" (2005) mogłoby być zbyt abstrakcyjnym obrazem. Uwielbiam "Przypadek Harolda Cricka"(2006), ale...

- Ciężko mi oceniać swoje filmy; to jakby zapytać się rodzica, które ze swych dzieci kocha najmocniej. Uznałem jednak, że "Chłopiec z latawcem" jest w mojej filmografii na tyle szczególnym tytułem - w obsadzie zabrakło gwiazd, zrealizowany został w oryginalnym języku [akcja filmu rozgrywa się w Afganistanie - przyp.red.] - że chciałem się nim podzielić. Wybrałem ten film jednak trochę instynktownie. Tak zresztą jest przy wszystkich moich decyzjach, zarówno jeśli mówimy o życiu, jak i sztukę filmową.

Odebrałeś w Bydgoszczy specjalną nagrodę dla reżysersko-operatorskiego duetu. Z Roberto Schaeferem pracowaliście dotychczas aż przy 8 produkcjach, jednak w przypadku twojego ostatniego filmu "World War Z" za kamerą stanął Ben Seresin ("Sztanga i cash", "Transformers: Zemsta upadłych").

- To nie ma nic wspólnego z Roberto... Poszło o terminy. Nie było do końca pewne, czy będzie wolny w czasie, kiedy zaplanowano zdjęcia do "World War Z". Miał poza tym także jeden reżyserski projekt. Fakt, że nie robiliśmy razem "World War Z", był po prostu wypadkiem przy pracy. Na pewno wkrótce znów spotkamy się na planie filmowym. Nie potrafię jednak określić, czy nastąpi to już przy okazji mojego następnego filmu, czy będziemy musieli poczekać na kolejny obraz - wszystko zależy od terminów Roberto...

- Jest rozchwytywanym operatorem. Muszę jednak przyznać, że kiedy zrobiłem "World War Z", pomyślałem, że wyszło mi to na dobre. Nagle miałem możliwość spojrzenia na dany film z nieco innej perspektywy. Jesteśmy tak zgranym duetem, że nagła nieobecność Roberto, mimo że była sporym wyzwaniem, pozwoliła mi na nabranie dystansu do tego, co robię.

Od realizacji "Marzyciela" w 2004 roku do reżyserii "Quantum of Solace" w 2008 roku nakręciłeś 5 filmów. Każdego roku, jak w zegarku, nowy tytuł . Po Bondzie miałeś jednak 3-letnią przerwę, zanim wróciłeś z "Kaznodzieją z karabinem".

- Po ukończeniu "Quantum of Solace" urodziła mi się córka. Zawodowa przerwa nie miała żadnego związku z rodzajem zawodowego wypalenia, po prostu chciałem spędzić trochę czasu z córeczką.

W 2008 roku, w trakcie realizacji "Quantum of Solace" powiedziałeś "Guardianowi": "Jeśli ten film okaże się klapą, może mi to złamać karierę. Jeśli zaś odniesie sukces, jedyną nagrodą dla mnie będzie możliwość realizacji blockbusterów. Potrzebuję tego?".

- Gdybym nie zrobił Bonda, z pewnością nie dostałbym propozycji realizacji "World War Z". Każdy z nich zarobił ponad 500 milionów dolarów, co otwiera mi szansę na kolejne intratne zlecenia w przyszłości. Nie ukrywam, że to kusząca opcja, cały czas jednak lubię kręcić również niskobudżetowe produkcje, mniejsze filmy.

Na Camerimage pokazywany był w tym roku film "Dallas Buyers Club", który na pewnym etapie produkcyjnym miałeś reżyserować. To jednak niejedyny znany projekt, który odrzuciłeś: "Harry Potter i więzień z Azkabanu", "Tajemnica Brokeback Mountain"... Coś jeszcze?

- "Juno".

Dlaczego?

- Reżyserię "Harry'ego Pottera" zaproponowano mi po tym, jak nakręciłem "Marzyciela". Powiedziałem, że właśnie zrobiłem film z dziećmi... W przypadku "Tajemnicy Brokeback Mountain" mechanizm był podobny. Dostałem propozycję po tym, jak nakręciłem "Czekając na wyrok". Uznałem, że nie interesuje mnie robienie kolejnego smutnego i depresyjnego filmu.


Żałujesz któregoś z odrzuconych tematów?

- Nie... Przez całą moją karierę kieruję się instynktem. Kiedy dostałem propozycje reżyserii "Harry'ego Pottera", wiedziałem, że to będzie ogromny sukces. Nie czułem jednak, że w tym momencie miałbym ochotę na taką produkcję. Ważniejsze od kalkulacji ewentualnego powodzenia filmu jest dla mnie to, czy odnajduję się w danym projekcie, czy jestem w stanie zaangażować się emocjonalnie, odnaleźć w sobie pasję. Gdybym postępował odwrotnie, mógłbym być bankierem, nie filmowcem.

Skoro mówimy o dobrej passie... Twój ostatni film "World War Z" okazał się, wbrew początkowym obawom, wielkim kasowym sukcesem. Trwają przygotowania do realizacji sequela, jednak na fotelu reżysera zabraknie Marca Forstera.

- Nie interesuje mnie powtarzanie się. Nie chcę drugi raz opowiadać tej samej historii. Proponowano mi też "Skyfall", ale nie chciałem robić kolejnego Bonda. Czasem przyglądasz się takim twórcom, jak Alfred Hitchcock czy John Ford, którzy przez całą karierę pracowali w ramach jednego gatunku filmowego i zastanawiasz się, czy nie powinieneś spróbować popracować dłużej w określonej konwencji tylko po to, by zrozumieć lepiej zasady rządzące danym gatunkiem... Lubię jednak robić różne rzeczy, trochę jak Howard Hawks, czy Billy Wilder...

Podczas produkcji "World War Z" branżowe serwisy informowały o nieporozumieniach na linii Marc Forster i Brad Pitt, który poza tym, że wystąpił w głównej roli, była także jednym z producentów obrazu. "Brad Pitt przestał rozmawiać z Markiem Forsterem" - pisał serwis Vulture, zanim zarządzono 3-tygodniowe dokrętki.

- To nieprawda. Oczywiście na planach wielkich produkcji twórcze różnice są nieuniknione. Jest reżyser, który ma własną wizję. Jest i gwiazda, która na papierze podporządkowuje się wizji reżysera. W przypadku "World War Z" gwiazda była również producentem filmu - ta konstelacja musiała wyglądać z zewnątrz na konfliktową. Muszę jednak przyznać, że w 90% mieliśmy z Bradem bardzo efektywną wymianę poglądów; nie oznacza to, że obywało się bez konfliktów. Nigdy jednak nie doprowadziło to do momentu, w którym przestalibyśmy ze sobą rozmawiać. Do dziś utrzymujemy kontakt, nie wykluczam, że znów będziemy ze sobą współpracować.


A więc najbliższe projekty... Znalazłem informacje o kilku produkcjach, w które byłeś zaangażowany. Chciałbym zaktualizować te dane. Chodzi o "Cowboy Ninja Viking", "Heretics" i "Imagining Nathan".

- "Imagining Nathan" nie powstanie. Bardzo chciałem to zrobić, ale ten projekt upadł. Jeśli chodzi o "Heretics" - bardzo podobał mi się scenariusz, ale nie wyreżyseruję tego filmu. Kto inny to zrobi, ja będę pełnił funkcje producenta. Cały czas czekam na gotowy scenariusz "Cowboy Ninja Viking", jeśli będzie dobry, wyreżyseruje go.

Inne tematy?

- Mam gotowy autorski scenariusz, prawdopodobnie wkrótce to wyreżyseruję. Mam też na tapecie drugi, mniejszy film. Przymierzam się również do dużej produkcji, cały czas jesteśmy jednak na etapie powstawania scenariusza, wypada czekać. Jeśli okaże się, że scenariusz tej superprodukcji nie spełni moich oczekiwań, wówczas najprawdopodobniej zabiorę się za któryś z tych autorskich tekstów.

Nie myślałeś nigdy, by nakręcić film w Szwajcarii, gdzie spędziłeś niemal całe dzieciństwo? Osobisty film w języku niemieckim...

- To dosyć przewrotne... Zrealizować film we własnym kręgu kulturowym to bardzo trudne zadanie, bo ciężko o zachowanie obiektywizmu. Jesteś wrośnięty w daną kulturę, wychowywałeś się tam, patrzysz na daną społeczność przez specjalny filtr. Kiedy kręciłem "Czekając na wyrok", nic nie wiedziałem o Południu. Pozwoliło mi to na świeżość obserwacji i zachowanie obiektywizmu.

- Cały czas szukam dobrej historii, która rozgrywałaby się w Szwajcarii. Musi to być jednak opowieść, z którą poza tym, że jest dobrze napisana, będę czuł jakąś osobistą więź. Wychowywałem się w górach [Marc Forster spędził dzieciństwo w Davos - przyp.red.], górale zaś to bardzo specyficzni ludzie. Niezwykle uparci. Wyobrażam więc sobie zimową scenerię, śnieg, góry i tych upartych ludzi... Taki będzie klimat. Nie trafiłem jednak dotychczas na żaden konkretny trop. Może w przyszłości sam "napiszę" ten film.

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Marc Forster